Dzikuska w mieście, czyli jak Brunon został gabarytem

Poszłam wczoraj do brand new, błyszczącego, nowoczesnego i przepięknego centrum handlowego. Tutaj u mnie, w Wilanowie. Uwielbiam ten budynek, uwielbiam to, że zamiast naziemnego parkingu zrobiono podziemny, ze specjalnym wydzielonym parkingiem dla rowerów. A tam, gdzie by pewnie parkowały samochody na powierzchni, powstał park trampolinowy. Można se przyjść poskakać, odskoczyć na chwilę.

Poszłam, błota na nieskazitelnie białe posadzki nanieść nie chciałam. Byłam tam już kilka razy, wiem gdzie się zdejmuje gumowce i gdzie są toalety. Ale zawsze przyjeżdżałam samochodem, mimo że to jakieś 137 kroków od mojego mieszkania 😉 Wejście dla pieszych jest przez biurowiec, moje naturalne środowisko. Pachnie korporacjami i kawą, wspaniale.

Wczoraj pojechałam z Sir Decybelem do sklepu wózkiem. Nie tyle widłowym, co spacerówką. Czy jak tam się taki lekki wózek do dzieciąt nazywa, co to go można złożyć i pod pachę wziąć do samolotu, nie znam nomenklatury… W każdym razie, przez cholerny wózek, wyszła ze mnie cała wiejskość, całe trzy lata poza cywilizacją.

Bo gdyż okazało się, że można być mistrzynią jazdy terenowej wózkiem. Można wiedzieć, jak pokonać wąwóz, jak przejechać bez szwanku przez kupsko konia, jak lawirować między kretowiskami, można być mistrzem w szaleńczym rozbryzgiwaniu kałuż bez ochlapywania dzieciaka siedzącego w wózku. Można to wszystko i można jednocześnie nie wiedzieć, że nie wchodzi się z dzieckiem, wózkiem i gigantyczną torbą matki-polki-lodówki-szafy w drzwi obrotowe. No nie wchodzi się i już.

Pokonanie tych cholernych drzwi, a byłam dość uparta i nie chciałam się wycofać, ani wysadzić z wózka bachorzęcia, zajęło nam dobrych kilka minut. Kilka długich minut, w ciągu których zdążyła się utworzyć kolejka, ochroniarze przynieśli popcorn, a pani sprzątająca wypaliła dwa papierosy. Wszystko się zacinało, ruch obrotowy drzwi (ale i może naszej planety, sorki!) się zatrzymywał, dzieciak rozpłaszczał się na szkle, a torba utykała pomiędzy jedną szybką a drugą. No masakra.

Jak już wreszcie drzwi nas wypluły po właściwej stronie budynku, otrzepaliśmy kurz, rzuciłam do Brunona coś w stylu „ale zabawa, musimy tu częściej przychodzić, prawda?” i zobaczyłam kolejną miejską, przestraszną przeszkodę terenową. Ruchome schody!!!

Naprawdę kilka razy w swoim życiu zdarzało mi się nimi jechać. Samej, w parze, z dzieckiem. Ale sama z dzieckiem w wózku ich nie pokonywałam. Potrzebna jest technika, właściwa taktyka. Coś mi świtało, że raz kiedyś próbowałam zjechać z dzieckiem w wózku po takich schodach-pułapce przodem. Skończyło się to otwartym złamaniem, zawałem i trzema złamanymi paznokciami. Na szczęście nie moimi, ani dziecka, tylko ochroniarza, który mi wózek wraz z zawartością po tych schodach zniósł. Tym razem w sumie było podobnie, bo gdy zebrany przy show „Pokonywanie drzwi obrotowych przez nieprzystosowanych” tłumek zaczął mnie dopingować okrzykami do szybkiej decyzji odnośnie techniki pokonania przeszkody, pani z ochrony rzuciła się w moją stronę. Z uwagi na różowe tipsy długości drugiej linii metra nie podejrzewałam jej o chęć pomocy. A przynajmniej nie fizycznej. Pani oznajmiła mi głosem przejętym, że naprawdę nie ma co robić zbiegowiska, że dla takich jak ja, przewidziano w tym mądrym budynku tę oto pięknie oznaczoną symbolem niepełnosprawności i wózka WINDĘ.

Winda zawsze spoko. Ma guzik, który można nacisnąć, a w środku nawet więcej guzików. Lubimy windy. Drzwi się otworzyły, bez obmyślania techniki wsiadko-wysiadki i kalkulowania ryzyka, wjechaliśmy do środka, żeby bez dalszych przeszkód spłynąć w dół. Tłum nas żegnał machając radośnie, a pani ochroniarka wskazała gestem wielkie, pięknie oznaczone symbolem niepełnosprawności i wózka drzwi szklane nieobrotowe.

– Jak pani będzie wracać, to TAM są drzwi. Ewakuacyjne, ale niepełnosprawni i z gabarytami, to tylko tamtędy.

 

8 komentarzy

  1. Tantawi

    No, niezly cyrk ! Ja za kazdym razem w naszym wielkim Tesco 24h zrobilam awanture o nieczynne schody ruchome ( przewaznie te w dol, ktorymi zjezdzasz juz z mnostwem siat w dloniach dzierzac) , tylko po to by odkryc, ze 10 metrow od schodow jest winda. A sprobuj autobusem dotrzec z Mokotowa na Dworzec Centralny, z wozkiem znaczy sie. Bo o ile do Emilii Plater jakos sie dojedzie, to dostac sie do podziemia dworca to juz slabo. Slabiutko. Chyba, ze cos udoskonalili, bo 15 lat temu to ja targalam wozek w dol I gore schodow kilka razy. Dodam, ze spacerowka to to nie byla, a eks z samochodem byl w pracy, a mamusia na dworzec z dalekich strong przyjechala. No wlasnie, mam nadzieje, ze niepelnosprawni I dzieciaci w ciagu tych 15 lat doczekali sie udogodnien w stolicy. Zeby nie bylo tak kolorowo, w londynskim metrze tez nie wszedzie sa windy. 85% stacji tak, ale jednak nie wszedzie. O toaletach nie wspomne, bo wstyd 🙂

    • Agnes

      Tam się nic w tej kwestii nie zmieniło. 2,5 roku temu popełniłam wycieczkę tramwajem (żeby nie było niskopodłogowym) z dzieckiem w wózku (nie była to taka lekka spacerówka składana) na wizytę do ortopedy do Luxmedu w Marriott-cie. Po dotarciu na miejsce wygladałam jak namoczona w kałuży kura 🙂

  2. Cóż, wygląda na to, że miałaś wielkie WEJŚCIE. Zobaczysz, już niedługo ten pomysł ściągną od ciebie celebryci i będą celebrować wejścia, dzięki czemu będą mogli zaspokoić swą potrzebę zaistnienia.

  3. Ewelina

    Kto by pomyślał, że wizyta w centrum handlowym może przynieść tyle emocji i doświadczeń 🙂 Aczkolwiek warte zapamiętania. Z gabarytami tylko przez ewakuacyjne…

    Pozdrawiam!
    e.

  4. roro

    oj pani pani, no rzeczywisciez:-)

    /to sie nazywa ‚parasolka’ psze pani – a mogl byc czolg albo gleboki – ale byl by ubaw\;-D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *