W błocku taplanie

Spadł deszcz. Moje dziecko, wciąż nieodprowincjowane, zażądało wyjścia ‚na kałuże’. Nie wiem, czy w mieście ktoś tak robi, ale na wsi każdy deszcz kończył się taplaniem w błocku. Obowiązkowo. Latem bez butów.

Odbierając gada z przedszkola, zabrałam kalosze i droga powrotna zajęła nam ponad godzinę. Było bosko 🙂

Pamiętam, że jak wracałam z imprez w moim poprzednim życiu, czy tam dwóch wstecz, to po pijaku często zaliczałam kałuże. Tylko te świeże i przejrzyste, bo błotne jakoś mnie nie kręciły.

I wczoraj przyszła do mnie przyjaciółka. W kaloszach. Zażartowałam, że pewnie zaliczyła wszystkie kałuże po drodze, a ona całkiem serio odparła, że nawet kilkukrotnie.

Co takiego jest w kałużach, skąd ten pęd do mini zbiorników wodnych, rozbryzgów i możliwości poszurania butami w mokrym? 🙂 Czy chodzi o to, że życie wyszło z oceanu na ląd i ciągnie nas do korzeni? 😉

Nie sprawdzę. Po moich doświadczeniach z życiem na śląskiej wsi, obiecałam sobie, że już nigdy w kaloszach / gumowcach chodzić nie będę. Traumę mam 😉 Kalosze ostentacyjnie wyrzuciłam przy przeprowadzce. Zresztą i tak były pogryzione przez lisa… Eeeeh. Jakoś nie tęsknię za tymi wszystkimi upiornymi dzikimi zwierzętami… Chociaż czasami, jak mi coś mignie gdzieś daleko, to w pierwszym odruchu myślę, że to sarna. Że znów przylazła małpa, choć sarna, coś wyżerać z ogrodu 😉

 

4 komentarze

  1. uwielbiam kałuże! I deszcz, pod warunkiem, że w miarę ciepły. Nie mam nawet parasola, bo kaptur jest fajniejszy i nie zajmuje rąk. Ale kalosze mam: różowe!, piankowe crocsy, są lepsze od tradycyjnych gumaków, bo lżejsze i wygodniejsze.

  2. Anja

    Kiedyś tak miałam. To był listopad. Pizgało trochę. Wracałam po butelce wina od przyjaciółki. Może po dwóch. Zobaczyłam kałużę. Pomyślałam „Kurwa, zatańczę sobie w tej kałuży, a co!”. I tak zrobiłam. I wtedy kurzadupa okazało się, że kalosze dziurawe. Mokro było. I jeszcze bardziej zimno. Resztę drogi przebiegłam sprintem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.