Status przedzimowy

W listach prosicie mnie, żebym dała znak życia. Niekoniecznie paszczą, ale raczej poprzez klawiaturę.

Otóż żyję. Chociaż czasami wolałabym już nie. Na ten przykład wczoraj, błagałam już o dobicie, ale społeczeństwo nieczułe jest na takie prośby. Eutanazji legalnej u nas dłuuugo nie będzie.

Bo temat mojego samochodu, szerzej znanego jako czołgu, się objawił jako pilny. Jakoś w lipcu skończył mi się leasing. Auto zgodnie z planem wykupiłam. Liczyłam na to, że dzień po ostatnim przelewie, w skrzynce mailowej znajdę elektroniczną FV, podziękowanie za współpracę i kupon na dwa hot-dogi, czy tam coś. I że od razu będę mogła nazywać czołg swoją własnością, przerejestrować na siebie i w ogóle, że skoro zapłaciłam, to mamy done-deal, pozamiatane i zamknięty temat.

Otóż zderzyłam się z rzeczywistością. Po wielokroć.

Firma leasingowa płatność ściąga na początku miesiąca, a do końca miesiąca samochód nadal pozostaje ich własnością. No spoooko. Minął koniec miesiąca, gdzie są moje dokumenty, faktura i order dla niespóźniającego-się-z-płatnościami-klienta? Nie ma. Minął kolejny miesiąc, okazało się, że dokumenty owszem wysłali, ale na Śląsk. A że pisałam maila, że mi się adres korespondencyjny zmienił? No dział zakańczający umowy nie ma dostępu do danych, które otrzymuje obsługa klienta… Dwa tygodnie musiało odleżeć na śląskiej poczcie, wrócić do centrali, wreszcie wysłali mi dokumenty do Wawy. No ale wakacje, skleroza, niedoczas, dzikie węże, poszłam do urzędu po kolejnym miesiącu chyba.

Pani urzędniczka, jak zobaczyła z czym przychodzę, to tylko kwiknęła i zanim kijem ruszyła kopertę z moimi dokumentami, poszła zrobić sobie kawę i zjeść batona. Mówi, że jak ma niski cukier, to jej się niekontrolowane kurwy z ust ulatniają, a ja wyglądam na miłą, więc ona też dołoży starań. Bosko.

Już w pierwszym dokumencie okazało się, że leasingodawca sprzedaje mi samochód o numerach CW…, a nie DW… Co jest jakby problemem. Pani prychnęła, oblizała się nerwowo i rzekła, że niepotrzebnie się denerwowała, bo ewidentnie problem to mam ja, nie ona. I że nowe papiery są mi potrzebne, bo tymi to se mogę w kominku napalić, jak mam.

Dosko.

Dzwonię do tych ludzi, którzy zarobili na mnie małą fortunę przez ostatnie dwa lata i wyłuszczam im ich błąd. Staram się być miła, ale trudno jest ubrać przekaz „sprzedaliście mi nieistniejący samochód debile” w coś grzecznego.

Spoko. Obiecują asap wysłać nowe dokumenty.

Wysyłają.

Cyrk z adresem śląskim się powtarza. POWTARZA SIĘ KURWA. Rzeczy ewidentnie lubią się powtarzać…

Już po miesiącu otrzymuję kopertę z nowymi dokumentami. Jestem wkurwiona i najchętniej w ogóle bym nie przerejestrowywała tego auta, bo jak mi inna miła pani urzędniczka powiedziała – nie jest to dozwolone, ale z drugiej strony nie ma za to żadnych kar. A wiadomo, że łatwiej jest udawać, że nie ma tematu, niż dymać do urzędu z nadzieją, że MOŻE tym razem się uda…

Tym razem się przygotowałam. Poczytałam w sieci, co trzeba uczynić przed przerejestrowaniem auta, prócz zgromadzenia dokumentów. Żeby mnie nic nie zaskoczyło. A czytałam wypowiedzi kobiet, bo wiem, że co dla kolesi w sprawie aut jest oczywiste, bywa kosmosem dla pań. I słusznie. Bo dowiedziałam się, że jeśli nie podejdę do swoich tablic rejestracyjnych z nabożnym szacunkiem i zawodowym sprzętem, to ramki popękają mi na milion kawałeczków, tablice się zgubią, albo złamią, a zderzak sobie porysuję i jeszcze do tego dostanę świerzba.

A wystarczyło zabrać do garażu 3-latka i jego mini zestaw strażaka, który zawiera mini łom, mini latarkę, mini śrubokręt i mini szczypce. Uporaliśmy się z nimi w 7 minut i dwa milkyway’e, a czekolada łatwo się zmywa z metalu.

Tak przygotowana, z dowodami zapłaty, CZYSTYMI tablicami, dokumentami i zdjęciami przodków udałam się do urzędu.

Koperty od leasingodawcy chyba ze strachu nie otworzyłam wcześniej. Zrobiłam to dopiero przy okienku miłej pani urzędniczki. Wysypałam jej te 16 dokumentów na biurko, zaczęłam wypisywać wnioski o przerejestrowanie, a pani zaczęła rytmicznie potrząsać podbródkiem i ramionami.

Zrobiło mi się gorąco, zdejmuję szalik, czapę i onuce, ale pani urzędniczka, śmiejąc się już w głos, mówi: pani się nie rozbiera, pani tu nic dzisiaj nie załatwi z nami. I zaczyna listing błędów.

Strona druga, akapit czwarty – jest X a winno być Y. Strona 3 akapit 1 – jest X a winno być Y. I tak z milion razy, aż mi miejsca na paragonie z supermarketu zabrakło…

Chuje nadal nie wpisali dobrego numeru rejestracyjnego. Serio. Co mogłam wychwycić w domu, bez przychodzenia do urzędu, ale cieszę się że poszłam, bo 7 kolejnych błędów bym nie wyłapała.

Więc znów awantura z infolinią i prośba o pilne wysłanie dokumentów kurierem. Do mojego pracodawcy, gdyż w godzinach pracy tam przebywam.

Wysłali o dziwo dnia następnego. Dotarły. Jednakoż nadawca zapomniał dopisać mojego imienia i nazwiska na kopercie i w ten oto sposób korektę do mojej FV i resztę, widziała cała księgowość, pół administracji, kadry, marketing i pewnie panie kucharki też. Po 7h krążenia po firmie, dokumenty wreszcie do mnie dotarły.

Dostałam sraczki, jak miałam je otworzyć. Eh te emocje…

Otwieram, przeliczam kartki, zaglądam do koperty. A im bardziej zaglądam, tym bardziej brakuje w niej jednego z trzech dokumentów, które mieli poprawić…

Mogłabym się zdenerwować, ale przecież mogę zamiast tego otworzyć wino. Ja nawet lubię te śląskie blachy. A jak widać powtórna naturalizacja nie jest mi pisana… Może to przeznaczenie mi szczeka do ucha – a żebyś skisła, nie zostaniesz w Warszawie na długo, więc odpuść sobie zapuszczanie korzeni? Bo jak się ma cygańską duszę, to nie można mieć lokalnego auta..?

Na szczęście już po drugim kieliszku to co mówi przeznaczenie traci na wartości na rzecz tego, co mówi pęcherz… 😉

 

7 komentarzy

  1. Bosko.
    Jedyna dobra strona w tym, że teraz możesz bez wyrzutów sumienia wypić nawet całą butelkę. Bo stres, przecież…
    A swoją drogą ja wczoraj podpisywałam ten bankowy dokument, że nie mam obowiązku podatkowego w USA.
    Wiesz…ludzi do obsługi klienta to oni w szkołach specjalnych chyba rekrutują.

  2. Agnes

    Jola nas podkusiło kupić autko od komornika. A co. Dopiero za 5 razem dobre dokumenty do przerejestrowania małż dostał. I (hihihi) na śląskich blachach też sobie trochę pojeździliśmy…

  3. roroism

    Cudownie.
    ja odbylam ksiegi wieczyste z trzylatka, kasa na innym pietrze, przyjmujaca tylko gotowke, wyrawe do banku i wszystko jeszcze raz pomnozone pzrez kurtki zimowe.
    pozdrawiamy

  4. hornet

    A jednak żyjesz!!! 🙂
    Jakież to szczęście, że omijają mnie tego typu „przyjemności”. Jedyny mój kontakt z tzw administracją dotyczył wymiany dowodu i… okazało się to łatwe i nawet przyjemne, bo pani w okienku była wielbicielką bokserów:)

  5. Inteligencja pracowników działu obsługi klienta w tej firmie poraża 😉

    Czy to oświadczenie w banku o tym, że nie jestem Amerykanką (serio – nie jestem też wieloma innymi rzeczami, naprawdę) – jest obowiązkowe, bo mój małżonek nie wierzy??

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *