Końcówki jolki

mam takie hobby.

inne niż kupowanie butów, w których nie chodzę, bo mają prawie tyle cm obcasa, co ja lat.

inne niż picie wina.

zaskoczyłam sama siebie, gdy to odkryłam.

otóż uwielbiam kupować lakiery do paznokci.

kupować.

bo malować bardzo, bardzo nie lubię.

ale, że bardzo mi się podobają zadbane, ładnie pomalowane paznokcie, to kupuję lakier i łudzę się, że tym razem się uda… bo fajnie byłoby mieć takie śliczne, ogarnięte końcówki jolki.

maluję w pełnym skupieniu. krople potu na czole, język na brodzie, wielopunktowe oświetlenie, wszystkie przyrządy ułożone na różowym niepuchatym ręczniczku. puchaty się klei do mokrych paznokci.

pierwsze malowanie jest jak pierwszy naleśnik. tyle, że pies go nie zje…

zmywacz i kosz.

drugie malowanie idzie zwykle lepiej, bo morale jeszcze wysokie. idzie dobrze, ale że to już drugie podejście, to zwykle zdarzy się jakieś kichnięcie i wycieranie nosa chusteczką, co nieubłaganie prowadzi do wycierania paznokci. no albo siku. po przecież tylko trzy razy się dowysikiwałam przed rozpoczęciem operacji SZPONY.

trzecie malowanie. PIĘKNIE. jest pięknie. jeszcze tylko utwardzacz, 5