Siła marzeń i podświadomości

Bardzo dziwny to jest piątek.

Przyszłam do roboty trochę po 8, bo mimo że fabryka oficjalnie startuje o 9, to ponieważ nie mam okołodzieciowych porannych obowiązków, wszystko idzie mi szybko.

Byłam na piętrze, duużym piętrze, sama. O 8.45 zjawiła się pani od stoiska z kawą. O 9.00 – nikogo. Zaczęłam się zastanawiać, czy może czegoś nie doczytałam i czy może piątki nie są pracujące w NL 😉 O 9.15 poszłam sprawdzić na inne piętra, czy są jacyś inni wariaci, którzy przyszli do pracy. Było kilka osób…

O 9.30 przyszła Niemka z mojego zespołu. Jak zobaczyła moją minę, wybuchnęła śmiechem i powiedziała mi, że też przeszła taki piątkowy szok na początku swojej pracy. Otóż w piątki, przynajmniej w tej robocie, połowa ludzi pracuje zdalnie, z domu. Duuuża część przychodzi na 10-11, a jeszcze większa kończy koło 15. Oczywiście wliczając w to lunch i siłownię.

Okeeeeej… 🙂

Potem w kalendarzu odkryłam,  że mogę sobie zarezerwować w godzinach pracy rower. W celach rekreacyjnych. Taka alternatywa zamiast siłowni, gdyby akurat nie padało 😉

Następnie, z okazji piątku, wjechały pączki i szaszłyki owocowe. Bo z tego co się zorientowałam, w mojej holenderskiej firmie wszystko musi być w balansie. Jeśli słodycze, to tylko wraz z czymś w opcji fit. Jeśli grill na plaży (bo tak, zaliczyłam już firmowe beach party), to zawsze w opcji mięsnej, rybnej i vege. Jeśli koncert jazzowy i darmowe hambuksy i piwo (w godzinach pracy), to serwowane są też vegańskie hotdogi i domowa lemoniada.

Ciekawe, czy kiedyś przestanie mnie to wszystko tak bardzo dziwić, bo teraz to czuję się trochę, jakbym przyjechała z dziczy, a nie stolicy dość dużego kraju… A i tak przecież miałam ogromne szczęście pracować dla fantastycznych firm. Serio tak uważam! Tyle, że to co jest tutaj, bije na głowę wszystko, co do tej pory widziałam.

Np. pokoje do „cichej pracy” wyglądają jak salony bardzo fajnych domów – duuuże sofy, fotele, pufy, dywany, obrazy, biurko, telewizor, jakieś książko-dekoracje, kwiaty w wazonie, kolorowe tapety. I wszystkie są puste, bo jest ich po prostu bardzo, bardzo dużo, a same miejsca pracy są naprawdę fajne i ciche, nie trzeba od nich uciekać. Wszystko to znam, wszystko widziałam. Ale to skala robi wrażenie, te detale i szczegóły.

Taka pierdoła – pierwszego dnia, pomiędzy tymi 65 mailami, które odkryłam w swojej skrzynce pocztowej były dwa takie, które sobie zachowam chyba do końca życia 😉

  1. Dostałam oficjalnego maila z działu administracji z pytaniem, czy jestem zadowolona ze swojego biurka, krzesła i miejsca pracy. Po czym nastąpiło wyjaśnienie, że moje biurko ma opcję regulacji wysokości od niemal zera aż do 150cm, a krzesło ma ileś tam punktów podparcia, jest ażurowe, żeby moja zadnia część ciała mogła oddychać i z osiem różnych pokręteł, którymi reguluję wszystko. Oraz że pan XX będzie więcej niż happy, jeśli będzie mógł przyjść i USTAWIĆ DLA MNIE KRZESŁO I BIURKO w optymalnej dla mnie pozycji. Dalej było o tym, że wnioskując z mojego stanowiska, ustawili mi na biurku dwa wielkie monitory i telewizor, ale gdybym potrzebowała więcej, to żebym nie wahała się o tym powiedzieć. Lampkę mam w szafce za plecami, a głośniki w biurku, a słuchawki podpięte do telefonu, żebym mogła conf call’e ogarniać z wolnymi rękami. Ja wiem, że to są pierdoły, ale ponieważ nie był to automatycznie wypluty mail i ponieważ nie wynika on z mojego stanowiska (wszyscy mają taki poziom obsługi), to troszkę mnie to wyrwało z butów.
  2. Drugim mailem, którego czytałam chyba z osiem razy, bo nie mogłam sama siebie przekonać, że rozumiem go poprawnie, było zaproszenie na lunch. Pierwszego dnia pracy, przypomnę. Od szefa-szefów. Tego, który na moją rozmowę kwalifikacyjną przyjechał prosto z USA firmowym odrzutowcem, nie? No więc szef-szefów zaprasza mnie na lunch. URODZINOWY. Mnie i kilka osób, które w lipcu-sierpniu obchodzą urodziny. Napisał – pojedziemy się zabawić poza kampus. Nie wiem co to znaczy, ale zabiorę bikini 😀 I nawet jak to będzie tylko wyjście na lunch do knajpy poza firmę, to kurcze jest to dość niezwykłe, żeby ktoś, kto ma pod sobą kilka tysięcy osób, zapraszał pracowników, którzy obchodzą urodziny na wspólny „fun time”.

 

 

Noo… i tak to się zadziwiam kolejną rzeczą w moim nowym  świecie, w tej przesłodzonej demo wersji korporacji, aż tu ktoś do mnie mówi żartem „jolanta, a ty tak na czarno, bo idziesz na pogrzeb?”.

I wtedy BAM, z podświadomości wskoczyło w świadomość. Bo dzisiaj mijają dwa lata od wypadku rodziców. Nieświadomie ubrałam się totalnie na czarno, a myślę, że nieprzypadkowo.

I te dwa lata to są chyba najdziwniejsze i najbardziej intensywne dwa lata mojego życia. Nawet pomijając sam wypadek i emocje / problemy z nim związane.

Przez te dwa lata totalnie przebudowałam swoje życie – ze związku w singielstwo, ze wsi do miasta, z PL do NL, z niepracowania w korpo, z dwóch kotów w jednego. Przeprowadziłam się dwa razy. Znalazłam sobie robotę w PL, a później dwa razy w NL (z pierwszej oferty nie skorzystałam). Zostałam królową Plotek i miałam okazję pracować z fantastycznym zespołem w bardzo fajnej firmie i osiągnąć sukces, o jakim nikt z nas nie marzył. A teraz, w nowym korpo, czuję się jak stażysta w Disneylandzie. W obu przypadkach rozrywka i zabawa, co jest dość zabawne, jak na kogoś, kto został boleśnie skopany przez los. Sama zorganizowałam sobie życie w nowym kraju, od zakupu i skręcenia wszystkich mebli, po nowych znajomych i import samochodu… SAMA.

 

Jestem bardzo z siebie dumna i szczęśliwa z obecnego punktu w moim życiu, z punktu, w którym sama siebie umiejscowiłam. A to tylko dwa lata. 24 miesiące.

 

Mój mesydż do Was jest następujący: można osiągnąć wszystko. Trzeba się tylko dowiedzieć, czego się od życia chce i napierać. Warto.

 

23 komentarze

  1. Jak zawsze w punkt Jola, tylko brakuje, siły patrzenia na to co ważne, bo Ty zawsze znajdowałaś pozytywy niezależnie od tego co się działo, Ktoś inny na Twoim miejscu mógłby np. stwierdzić, że ciągle pada, że nikt nie powiedział o tych piątkowych zwyczajach, że cholera 65 maili nim człowiek zaczął to przesada.
    A tak jeszcze chyba do poprzedniego posta, gdzie pisałaś, że wszyscy spokojni i wyluzowani i nikt na siebie nie krzyczy, to mi po tych 4 latach w IE gdzie też byli spokojni zaczęło brakować większej energii i zaczęłam doceniać nasze narzekanie, które również jest objawem naszej pasji, więc w sumie wszystko zależy od punktu siedzenia, ale super, że Twoje siedzenie jest podparte odpowiednio i żeś szczęśliwa, a ja jakoś wymyślę jak do Ciebie wpaść 😀

  2. roro

    nooo….’unici’ z Instutucji tez tak maaj w piateczki… w szwecji natomiast obowiazkowe bibko-integracyjnki i wczesny fajrant;-)

    enjoy!

  3. Dzinks

    E tam korpo sztuczki są wszędzie takie same. Różnice kulturowe ok jasne ale wszedzie chodzi o to samo żeby w korpo byc pokornym. Pokora w korpo rzecz najwazniejsza.

  4. anka

    Całuję i się uśmiecham i też przytulam współczująco z powodu drugiej rocznicy. Strasznie się cieszę, że są ludzie tacy jak Ty, którzy potrafią otrzepywać się z deszczu i biec w stronę słońca, żeby się osuszyć zamiast leżeć w kałuży i kwiczeć 😉
    Ps. urodziny z szefem szefów mnie by rozzłościły , jestem mega indywidualistką jeśli chodzi o mój czas wolny! 😉

  5. Dagmara

    Energia uderza z kazdej cześci tego wpisu. Jestes najdzielniejsza. U mnie w korpo mam masaze i joge w godz pracy ale to co opisujesz, to jakies milion leveli wyzej, tez chcę 😀

  6. Cari

    Bardzo sie ciesze, ze jestes szczesliwa. Czytam cie od paru lat (na poczatku ze wzgledu na relacje polsko-holenderska) i zawsze trzymalam za ciebie kciuki.

  7. martuuha

    Rozważam podesłanie tego wpisu dyrektorowi mojej korpo ( przecież holenderskiej, choćby z pochodzenia).

    Wiesz, że zaplatam kciuki za Ciebie, nie? 🙂

    • Jolinda

      Oh, obawiam się, że w moim korpo, w polskim oddziale, też jest ciut inaczej niż tutaj 😉

      Za kciuki wielki buziakoprzytulas! <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *