Problemy językowe, czyli jak z kota zrobić grube przekleństwo

Po pierwsze, to muszę się pożalić – straciłam „Jolę”. W NL nie ogarniają pomysłu, że można deformować imię i jak oficjalnie nazywasz się Jolanta, to jesteś Jolanta i koniec. Niestety Jolanta ma swój odpowiednik w NL i jest nim Jolante. PODOBNO nie jest to zbyt szlachetne imię tutaj – U Jolante to świetna nazwa dla salonu fryzjerskiego lub sklepu z używaną odzieżą… 🙂 No i że to taka trochę nasza Dżesika.

Więc sami widzicie, że wielka szkoda „Joli”, no ale trudno. Dla równowagi poznałam kolesia, który miał na imię Gui, a G wymawia się jak H, więc mogło być gorzej 😉

No… i językowo to bywa dość zabawnie. Bo przez większość czasu otacza mnie angielski przefiltrowany przez akcenty z całej Europy. Nadal unikam spotkań ze Szkotami i Brytolami. Jednego jeszcze jakoś rozumiem, ale jak są w grupie, to równie dobrze mogliby rozmawiać ze mną w Hindu.

Więc angielski. Fajnie. Ale nagle muszę porozmawiać z naszym oddziałem w Polsce i całkiem WTEM czuję się totalną kaleką. NIE UMIEM SIĘ WYSŁOWIĆ. I nie, wcale nie dlatego, że „już” zapomniałam. Nie. Po prostu nowej pracy nauczyłam się po angielsku. Znam tylko angielskie nazwy na poszczególne elementy, operacje, czy problemy i jak muszę to powiedzieć po polsku, to robię dosłowne tłumaczenie, więc brzmi to jak odwrócony ponglish. Przedziwne uczucie.

No i jest oczywiście niderlandzki. Młody już śmiga całe zdania. Nauczyciele go chwalą, z dzieciakami się normalnie porozumiewa. Szaleństwo 🙂 ALE. Bo przecież musi być jakieś ALE, genów nie oszukasz 😉 No więc nauczyciele widzą progres u Bru i zakładają identyczny progres u mnie i mówią do mnie po niderlandzku. Ja odpowiadam po angielsku, ale że odpowiadam z sensem, to oni nadal mówią po niderlandzku i gdzieś tak w 25 sekundzie konwersacji ja się gubię i odpowiadam coś totalnie z dupy i ten mind-fuck widoczny na ich twarzach… Jezu, zawsze taki sam 🙂

Są jeszcze wpadki po angielsku. Cała masa. A pewnie jeszcze więcej nigdy przeze mnie nie wykrytych… Ze dwa razy zdarzyło mi się już powiedzieć, albo napisać hangover (kac) zamiast handover (przekazanie obowiązków). Albo na spotkaniu wypaliłam do geja zajmującego się analizą danych „this anal thing you do”, co w mojej głowie było skrótem od analysis, ale oczywiście brzmiało jakbym się z Trumpem na głowy zamieniła… 😉

Mind-fuck językowy następuje u mnie jakieś 17 razy dziennie. Dzisiaj na przykład dostałam maila na prywatną skrzynkę. Nadawca: Haarlem cośtam. Otwieram, oczywiście nic nie rozumiem, więc google translator. Temat wiadomości: „Jolanta, czas się odrobaczyć!”. Jak połączyć to z tym, że nadawcą było miasto, to możecie tylko żałować, że nikt mi fotki nie strzelił 😉 Oczywiście mail był od weterynarza i było to tylko przypomnienie o co 3-miesięcznym odrobaczeniu Kaspara, aaaale dojście do tej informacji chwilkę mi zajęło 😉

A jak jesteśmy przy kocie… Kaspar z jakiegoś powodu uznał, że będzie się bawił w chodzenie ze mną po Bru do szkoły. Więc, gdy idę odebrać Bru, idzie ze mną nasz kot. Ja wchodzę do szkoły, kot czeka przed. I któregoś dnia, Bru zobaczył kota czekającego przed szklanymi drzwiami i zaczął krzyczeć: oooo, KOT, KOT, mamo, KOT przyszedł z tobą! KOT KOT KOT – ciągnie za rękę nauczycielkę, żeby jej pokazać Kaspara. Tyle, że Holendrom słowo KOT nie kojarzy się wcale z kotem. Najbliżej kota leży KUT, czyli pizda, dość popularne przekleństwo. Mina nauczycielek nie do podrobienia :)))

13 komentarzy

  1. aselniczka

    Ja bym się tam nie przejmowała, oni na dzień dobry mówią sobie przecież „huj morgen” 😀
    Anegdotka portugalska: kiedyś do Warszawy przyjechał na Erazmusa Portugalczyk o imieniu i nazwisku Rui Cunha. Przy czym R po portugalsku czyta się jak takie tylnogardłowe H… Więc tak, po ulicach Warszawy chodził niejaki Hui Kuńja

  2. Karolina

    Śmiałam się strasznie głośno. W tramwaju. Ale w nosie to mam, ostatnio mam mało powodów do głośnego śmiechu. To zaraz się przesiądę do autobusu i przeczytam jeszcze raz.

  3. Misiek

    Mogło być gorzej. W zaprzyjaźnionej firmie pracuje pani, która jeszcze niedawno nazywała się Marika Szukała. Ona nie mogłaby pojechać ani do Hiszpanii, ani do Czech.

  4. Kamil

    Czuję się lepiej, myslałem, że to ja mam tylko problem jeśli moje imię w niemczech znaczy rumianek, a nie jest to bez znaczenia bo mam tam rodzinę i czułem się jak „Malina”, „Jagoda” czy „Róża” wśród niemców 😀

    Przynajmniej nie nazywam się Gui, Rui ani inny ui 😀

  5. Jolanta

    Ubawiłam się po pachy!! Mam te same śmieszne problemy językowe, tyle że w wersji hiszpańskiej. W żadnej knajpie nie pytamy się nawzajem. co chcemy do „picia” bo to dosyć wulgarnie by zabrzmiało dla tubylca, że już nie wspomnę o „curva peligrosa” co z kolei doprowadziło prawie do zawału moją mamę, kiedy moje córki między sobą rozmawiały. A z imieniem też jest wesoło (wersji hiszpańskiej Yolanda nie znoszę), a koledzy w pracy zdrabniali je na „Jolita”, tak milutko bywa. Jak Cię czytam, to widzę siebie te …mhmmm … trzy dekady temu w nowym kraju. Pozdrawiam!

  6. Tessa

    O matko usmialam sie:) Ja strzeliłam kiedyś w arystokratycznym środowisku, w obecności byłej, niedoszłego, śp.tesciowej, że jestem bardzo erregt, zamiast aufgerregt;) czyli napalona, zamiast podekscytowana;tu Kot-to kał, także tego;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.