Kto bogatemu zabroni?

Powinnam zająć się pisaniem osobistych, chwytających za serce i wpisujących się we wszystkie check-boxy listów motywacyjnych, nie? Więc sprzątam, chodzę na spacery i piszę bloga. Wiadomo.

Holendrzy są dość oszczędni. No dobra, czasem skąpi 😉 Sami o sobie mówią, że są potomkami Szkotów wygnanych ze Szkocji za NADMIERNE skąpstwo 😉 Albo, że wynaleźli drut miedziany, gdy dwóch Holendrów spierało się o monetę, każdy ciągnąc w swoją stronę… 😉 Doprawdy chciałabym zaprzeczyć, ale po pierwsze znam bardzo niewielu Holendrów, a po drugie większość moich doświadczeń to potwierdza.

Tyle, że ja zasadniczo to skąpstwo popieram. Bo ono jest dość racjonalne. Na początku dziwi cię, że gdy idziesz gdzieś na kolację, gospodarz pyta, ile zjesz ziemniaków (żeby przypadkiem się nie zmarnowały), ale potem dostajesz te swoje dwa ziemniaki i doceniasz prostotę tego rozwiązania – nie masz możliwości przeżarcia się, a ewentualny niedobór kalorii możesz nadrobić majonezem 😉 Tylko randki to jest nadal kosmos z mojego wschodnioeuropejskiego punktu widzenia. No bo, że rachunek na pół, to wiadomo. Ale niestety, to jest ta optymistyczna wersja. Bo jak wzięłam wodę gazowaną, a ona jest o 50 centów droższa od zwykłej, to wjeżdżała opcja „niech każdy zapłaci za siebie”. Oraz kilka razy zdarzyło mi się zapłacić za pierwszą randkę. W całości. Bo jakoś tak wyszło, że facet akuracik poszedł to toalety, albo grzebał w bucie, gdy kelner przyniósł rachunek 😉 Strasznie mnie to bawi, ale nie umiem się w tym odnaleźć.

To wszystko śmichy-chichy są, ale Holandia jest naprawdę droga. Życie jest bardzo dobre, ale jak „szastasz” pieniędzmi po polsku, to naprawdę robi się wir na koncie. A ja z natury jestem dosyć oszczędna. To znaczy, po prostu muszę uważać, żeby nie przepłacać na pierdołach, żeby mi na hektolitry wina zawsze wystarczyło. Priorytety trzeba jakieś mieć przecież.

I tak se żyję „oszczędnie” w tym drogim kraju, wśród skąpych ludzi. I czasami nawet uda mi się euro, czy dwa na koniec miesiąca przeoczyć i mi zostaje. I narasta. I górka się mała robi. I co dalej?!? Jak żyć?!?

I wcale się nie wygłupiam. Bo oczywista odpowiedź – załóż konto oszczędnościowe – w NL się nie sprawdza. Gdyyyyż, w tym wesołym kraju, banki wprowadziły UJEMNE OPROCENTOWANIE. Wpłacasz sobie pieniądze, z którymi aktualnie nie wiesz co zrobić i ta górka zamiast rosnąć, maleje, bo banki pobierają opłaty za przechowywanie pieniędzy, a oprocentowanie wynosi okrągłe i smutne 0, albo i mniej niż zero, Lady Pank dawnao temu o tym śpiewał, true story.

No, ale i tak otworzyłam sobie jakieś tam konto oszczędnościowe, nie? Bo po pierwsze mój bank litościwie pobiera te opłaty dopiero od kwot większych niż kilkaset tysięcy euro, więc mam jeszcze chwilkę darmoszki ;), a po drugie – trzymanie pieniędzy w skarpecie źle mi się kojarzy.

I patrzę se ja ostatnio na konto, a tam któryś z urzędów, którego nazwę moje oczy przestają czytać po pierwszych 32 spółgłoskach bez ani jednej samogłoski, przysłał mi kasę. Nie mam pojęcia dlaczego. Na wszelki wypadek nigdy nie dopytuję. Może to dodatek za niezwykle pięknego kota sprowadzonego na Niderlandzką ziemię, a może zapomoga dla samotnej matki z biednego kraju nad Wisłą, a może kasa na potencjalną aborcję, bo usłyszeli co się w PL wyrabia, a może to zaliczka za moją nerkę i jak nie zwrócę kasy w terminie, to umówią mi datę wycięcia na przyszły miesiąc. Nie wiem. Więc zawsze taką nieoczekiwaną kasę przelewam na konto, z którego nie da się wypłacić kasy. To znaczy da się, ale należy przebrnąć przez niderlandzką infolinię celem uzyskania kodu dostępu / karty płatniczej / własnego bankomatu. Niderlandzka infolinia się totalnie w moim przypadku nie sprawdza, gdyż żeby się połączyć z kimkolwiek, kto mówi w jakimś ludzkim języku, trzeba GŁOSOWO podać swój kod pocztowy. Zawieszam każdy system tego rodzaju swoim akcentem, boleśnie sprawdzone :)))

No i patrzę se ja na to konto i liczę ile słoików majonezu i frytek do końca miesiąca będę mogła za zgromadzone pieniądze kupić, a tam WTEM niespodzianka. Kilkaset Euro. Cyk, cyk, dwa kliki i kasa przelana. Kasa zniknięta. Bo na rachunku z oszczędnościami jej nie widać. Odświeżam, odświeżam, przelogowuję się, NIC. Paczę w historię przelewów, no niby się zgadza. Widzę przelew wychodzący na rachunek, którego nie umiem przeczytać, czyli to musi być to. Czekam. Następnego dnia kasy na koncie nie ma. Wdziewam palto, zapalam fajkę i zaczynam bawić się w Sherlocka. Jakieś 17 sekund później udaje mi się ustalić, że lekką ręką posłałam te kilkaset euro do śmieci. A dokładniej na rachunek firmy, która zajmuje się gospodarowaniem odpadami komunalnymi…

Nie no kurwa. Fantastycznie. Zamiast pojechać sobie za tę kasę na Curaçao i wygrzać dupkensa, zapłaciłam za śmieci za najbliższe 5 lat. Ma się ten gest. Powiedz mi, co robisz ze swoimi wolnymi środkami finansowymi, a powiem ci kim jesteś. Jesteś kurwa zdrowo walnięta.

I tak se siedzę i patrzę w historię przelewów jak sroka w gnat i nie wiem, czy bardziej płakać, czy się śmiać. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Do kosza. Interesujący sposób na oszczędzanie. Bo trzeba mieć fantazję i pieniądze, itd. W głowie piętrzę problemy, jakie mnie czekają, żeby tę kasę odzyskać, bo infolinia z weryfikacją kodu pocztowego, bo jak wytłumaczyć, że pomyliłam własne konto z kontem śmieciowym, że będę musiała tam pojechać, odkręcać, dowód pokazywać, podanie pisać, itd…

A potem zadzwoniła pani z urzędu. Wzburzona. Że oni się ode mnie żadnych pieniędzy nie spodziewali i że w swojej łaskawości mogłabym opisywać przelewy, bo oni są poważnym urzędem, mimo że od śmieci. Że jak przychodzi do nich kasa i oni nie wiedzą, gdzie ją zaksięgować, to jest to kłopot i niepotrzebne zamieszanie. I że nie mogą przyjąć tych pieniędzy celem nadpłaty na lata następne, bo przecież stawki jeszcze nie są ustalone i że oni nie są od tego, żeby moje pieniądze trzymać, że od tego są banki i że za taką przyjemność to się płaci proszę pani i że z przykrością informują mnie, że pieniądze niezwłocznie zostały przelane na mój rachunek bankowy i że proszą o nieodsyłanie ich do nich raz jeszcze…

Nooo. Zalando nie robiło awantury o przyjęcie mojego przelewu… 😉

 

5 komentarzy

  1. Ja nie wiem jak holenderskie ale szwedzkie banki mają dziwne systemy i robienie przelewów przez pierwsze 5 lat było dla mnie ogromnym stresem. Teraz przywyklam i nie rozumiem co mnie stresowało

  2. Ewelina

    Ja tam nie potrzebowałam obcego kraju i szmerzącego języka żeby sobie na polskim koncie w Polsce właśnie przelać 700 zł zamiast z konta na konto, to z konta na operatora telefonicznego. Nie, nie miałam wtedy nawet telefonu na abonament…
    Kilka pism i miesięcy później kasę udało się odzyskać, ale do dziś sprawdzam milion razy, zanim kliknę „akceptuj” 😀

  3. Magda2

    W PL to niestety taka różnica, że jak już kasa omyłkowo wyjdzie z konta , to już raczej nie wróci dobrowolnie.
    A tak nawiasem, to może Bru by się nadał do wyrecytowania tego kodu pocztowego 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.