Święta po niderlandzku

Święta w NL obchodzi się inaczej niż w Polsce. Szczególnie Gwiazdkę. Myślę, że przede wszystkim dlatego, że tutaj Mikołaj („to nie jest MIKOŁAJ!” zakrzyknęliby Holendrzy) przychodzi dwa razy. Sinterklaas to taki brodaty dziadek, który na stałe mieszka w Hiszpanii, przypływa statkiem, co jest relacjonowane codziennie w tv w specjalnych wiadomościach dla dzieci, a potem przemierza kraj na białym koniu i grzecznym dzieciom codziennie wkłada małe prezenty do butów. On i jego CZARNI pomocnicy, którzy albo ubrudzili się sadzą przeciskając się przez kominy, aaaaalbo są pozostałością po kulturze niewolnictwa. No sama nie wiem 😉 No ale ale. Dzieci dostają największe prezenty właśnie w Mikołajki, które to obchodzi się tutaj 5.12, plus te 7, czy 10 prezentów, gdy Sinterklaas śmiga po kraju i wymienia pozostawione wieczorem marchewki dla konia i ciastka dla niego, na małe gifty. A potem zaraz jest gwiazdka, kolejny mikołaj i prezenty… Wiec to już obchodzi się mniej hucznie. 25 grudnia robi się kolację z rodziną, a 26.12 uderza na zakupy…

No. A zebrało mi się na wspominki zimowych świąt, bo Wielkanoc za pasem. I wszyscy zgodnie mi mówią, że Wielkanocy to już totalnie się tutaj nie obchodzi. Dzieci szukają czekoladowych jajek w ogródkach, a rodzice rozpoczynają sezon na picie piwa na tarasach knajp (sport narodowy Holendrów – tarasing 😉 ).

ALE.

Przed Gwiazdką też mi mówili, żebym się nie spodziewała polskiej nadymki przedświątecznej. Że tutaj robotę odwala Sinterklaas na początku grudnia i potem to już jest z baśki. I była w szkole kolacja świąteczna dla dzieci. Rodzice byli poproszeni o przygotowanie jedzenia. I była lista, gdzie do wyboru można było się zaopiekować mini pizzami, ogórkami, tostami z serem (no raczej), mini kiełbaskami, chlebem z masłem, owocami, jakimiś tam pierdalasami i… KRAKERSAMI. Szybko wpisałam się w krakersy, bo co może być łatwiejszego niż krakersy. Podchwytliwe mogło być chyba tylko wyliczenie ich co do sztuki, bo miało być 30… To pięknie obrazuje podejście Holendrów do jedzenia i pieniędzy. 30 krakersów. Nie pięć, bo to za mało, ale też nie dwie paczki, bo by się mogło zmarnować i narazić kogoś na niepotrzebne koszty 😉

Krakersy. Myślałam sobie – wykażę się, polską nutę w krakersach przemycę 😉 Nie żeby to nasze narodowe danie, czy też przegryzka była, ale przecież nie napisali jakie te krakersy, więc kupię polskie, w polskim sklepie. Przynajmniej wiem, które dobre. No i kupiłam. Po polsku. Krakersy, paluszki, te takie różne koktajlowe chrupacze, co to ich normalnie nikt kijem nie trąca, ale do piwa wchodzą.

Kolacja miała się odbyć koło 17-tej. Dzieci miały mieć urządzony paśnik w klasie, a rodzice w tym czasie byli zaproszeni na drinki, koncert orkiestry i ognisko na boisku przy szkole. Tak, alkohol w szkole i jakoś nikt się z nikim nie pobił, a dzieci nie zdemoralizowały się bardziej niż od patrzenia na picie wina przez rodziców w domu.

Wybija 17, wchodzę do sali ja i krakersy. Cała na biało 😉 No i oczywiście Bru, który właśnie skończył bawić się błotem i patykami na zewnątrz (mają specjalne koryta do babrania się w mokrej ziemi i robią to cały rok), więc wyglądał jak szczęśliwe, acz bezdomne dziecko w swym uwalonym gliną dresie. Ja przyszłam w dżinsach i trampkach, żeby przypadkiem się z krakersami nie wypieprzyć idąc na obcasach.

A oczom naszym w klasie ukazał się las. I nie był to las krzyży, a las smokingów i sukien balowych. I to zarówno na dzieciakach, jak i na dorosłych. Gdyż „noooormalne” dzieci po szkole poszły do domu się szorować i przebierać w Stroje. Rodzice chyba wzięli se wolne, bo panie były wyfryzowane i zrobione, a faceci przyszli wyjątkowo bez swoich drewnianych chodaków 😉

A my? No my wyglądaliśmy jak z Polski. Wiadomo… 🙂

Dobra, chrzanić. To dzieci mają się dobrze bawić… Mówię do Bru, czy wszystko w porządku. O, no tak. Tylko szkoda, że on ma zwyczajne ubranie, mówi mi. Bo wszystkie dzieci się przebrały. I czy mogłabym szybko skoczyć do domu i przynieść mu przebranie Batmana…

Mówię, spoko. Tylko zostawię krakersy i przyniosę ci maskę i pelerynę. No bo jak nie mieliśmy przygotowanych cekinów, to przynajmniej będzie stylowo w innym wymiarze 😉

Odkładam krakersy. I wtedy uderza mnie, że nie tylko daliśmy ciała w temacie strojów, ale też jedzenia… Bo wiecie, te nasze krakersy to były krakersy. Nie zrobiłam z nich chatki oprószonej śniegiem, nie ułożyłam w napis Happy X-Mas!, nie były w kształcie reniferów, ani nic takiego. No krakersy. Myślałam, że nie da się tego spieprzyć, a jednak… Choinki z ogórka, pizze w kształcie mikołaja, mandarynki obsypane brokatem, bułki powycinane w gwiazdki, itd. JAPIERDOLĘ…

Tak. Więc po ostatnim „nieświętowaniu i nieprzejmowaniu się gwiazdką”, lekko zbladłam, gdy okazało się, że na Wielkanoc przewidziane jest dla dzieci śniadanie. Instrukcja mówi: pozwól dziecku zaznaczyć, co chce zjeść na wielkanocne śniadanie (kanapka z/bez masła z/bez serem z/bez czekoladowej posypki, soczek/mleko czekoladowe, jabłko/banan, jajko gotowane/czekoladowe, itd.), następnie dzieci będą losować, dla którego z kolegów przygotują wymarzone śniadanie. Śniadania proszę przynieść w ozdobionych pudełkach po butach.

PUDEŁKACH PO BUTACH.

Widzicie to?

Czy powinnam sobie kupić coś u Prady, nakleić brokatowego kurczaka i o takie pudełko chodzi? Mam sraczkę… przysięgam. Kupiłam z osiem różnych kartonowych pudełek, mam też jedno po butach z Psim Patrolem. Ale wali gumą… naprawdę wolałabym go nie używać, ale może to jakaś tradycja?!? Teraz zajmuję się produkcją pisanek i wycinanek. Posadziłam też rzeżuchę, ale mam obawy, że będzie capić i nikt nie skuma tematu. Więc backupowo mam też zasiane kiełki marchewki i słonecznika. Kupiłam puchate żółte kurczaki i maluję je na tęczowo (Bru wylosował dziewczynkę). Szukam pomysłów, jak kanapkę z białego chleba z masłem i czekoladową posypką przemienić w wykwintne danie wielkanocne… HALP? 😉

Matki to naprawdę mają przejebane… Dawno nie byłam tak zestresowana…

13 komentarzy

  1. Kamil

    Jola, jak dobrze wiedzieć, że u Ciebie wszystko po staremu 🙂 stabilnie, bez większych zmian, jak zawsze 😛 aż mi łezka pociekła ze wzruszenia, dobrze, że nie mam na sobie pełnego makijażu jak niektórzy wchodzący na basen 😉 (blink blink, kto czyta ten wie)

  2. tessa

    Kazdy pretekst jest dobry, zeby kupic buty u Prady;)
    Uwielbiam holenderki tarasing i zamierzeam przeflacowac na swoj wlasny:) Jak juz zima sie zorintuje, ze jest juz przesadnie zasiedzialym gosciem i kazdy patrzy wymownie na zegarek poziewujac i zcekajac, az pojdzie precz;)
    Co do kanapek z czekoladowa posypka sie nie wypowiem, bo sie nie znam z powodu nieposiadania potomka, a sama wole jednak pod piwko taka ze sledziem;)

    • Jolinda

      Pewnie kazdy etap w zyciu ma swoje plusy i minusy, ale niektore sa troche bardziej nerwowe od innych 😉 A moze to tylko niektorzy ludzie… 😉

  3. roroism

    jezukurwajapierdole…
    jaka egzotyka!!!!
    co za piekny klasz kulturowy <3

    jezu, no musi byc facebookowa grupa ratunkowa 'polacy w NL' czy tam 'expats in Haarlem' hahaha

  4. Magda2

    Wow, ale jazda! 😀 Ja bym się nie przejmowała. I tak już masz pewnie łatkę „tej dziwnej Polki”, więc rób co chcesz (przecież Holendrzy są tacy tolerancyjni). Bądź sobą. Gust masz świetny, z niczego potrafisz zrobić coś, więc na pewno sobie poradzisz i z tym banalnym wyzwaniem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.