Circle of death, czyli urodziny po niderlandzku

Sierpień jest miesiącem urodzin dla mnie i dla Bru. Czyli oboje mamy pecha, bo zorganizowanie imprezy urodzinowej w wakacje, to wiadomo, wyższa akrobatyka. Każdy ma jakieś plany, ludzie są w rozjazdach.
Ja od kilku lat próbuję na swoje urodziny wyjeżdżać. A że Pani Lama urodziny ma mniej więcej w tym samym czasie, to staramy się wyjeżdżać razem. W tym roku celebrowałyśmy zestarzenie się w Malezji. Trzy dni opijania, bo tyle dni dzieli od siebie nasze daty urodzin. A w zasadzie trzy dni picia za urodzinowe zdrowie, bo wiadomo, że nie skalałyśmy się nadmierną trzeźwością.

Ale o urodzinach w stylu holenderskim chciałam napisać. Gdyż hoduję pod własnym dachem sholendrzone dziecko.

Otóż w Holandii urodziny celebruje się zupełnie inaczej niż w każdym normalnym kraju 😉 Po pierwsze – impreza musi być zapowiedziana z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Żadne spotkanie towarzyskie w NL nie może odbyć się bez planowania i wpisania w kalendarz. A potem niespodzianka, impreza, która ogłaszana jest na 3 miesiące przed właściwym wydarzeniem, potrafi jednak odrobinkę rozczarować…

Ale po kolei.

Wchodząc na niderlandzkie urodziny, trzeba złożyć życzenia jubilatowi, ale też wszystkim obecnym! Tak jakby samo znanie osoby, która świętuje, stawało się powodem do gratulacji. Tak więc wchodzisz, witasz się ze wszystkimi i każdemu z osobna gratulujesz. Dziwne, ale jeszcze nie dziwaczne. Bo dopiero teraz robi się dość… egzotycznie.

Siadasz. Nie że nogi bolą, ale wszyscy inni siedzą, nie? Krzesła są ZAWSZE ustawione w koło. No i wiadomo, że lądujesz między ciotką Anne-Marie, a półgłuchym dziadkiem Martinem. Booo, impreza jest jedna – dla przyjaciół/znajomych i rodziny. Dwie imprezy to jest przecież strata pieniędzy i czasu, Holendrzy by na to nie poszli 😉 Siadasz. Czekasz. Pada odwieczne pytanie – kawki? (bo wszystko w nl musi być małe – kawka, piwko, ciasteczko, domek… jeszcze tego nie rozgryzłam)

Dostajesz swoją kawkę, najczęściej espresso o posmaku błota, gdyż droga, dobrej jakości kawa może i w domu jest, ale uwaga – nie jest dla gości! Tak, serio, już kilka razy się z tym spotkałam, że Holendrzy mają dwa rodzaje kawy, czy nawet ekspresów. Jeden na własne potrzeby, drugi dla gości. I jest to zasada odwrotna niż w PL – gościom serwuje się produkty tańsze. Niesamowite, prawda?

A więc kawa. Trzymasz ją na kolanach, gdyż koło z krzeseł jest duże, a stolik kawowy malutki i dwa km dalej… Nic się nie dzieje. Wszyscy rozmawiają lub patrzą przed siebie martwym wzrokiem. Ja zwykle powtarzam w głowie mantrę w stylu „niech mnie ktoś dobije, zaraz oszaleję”. Przy czym jak mówię rozmawiają, to mam na myśli small talk, jaki można uprawiać z wujkiem zenkiem, którego dopiero co poznałaś i nic was nie łączy. Bo rozmawia się tylko z sąsiadem z prawej lub z lewej. Nie ma ogólnych rozmów, anegdot, przemówień. Jak sądzę do tego potrzebny byłby alkohol, albo przynajmniej luźna atmosfera. Niderlandzkie bday parties nie przewidują ani jednego, ani drugiego 😉

Tak więc siedzisz pomiędzy tymi obcymi ludźmi, z którymi nawet nie próbujesz rozmawiać, bo i o czym i czekasz na śmierć. To znaczy na tort, przepraszam.

Tort to jest oczywiście gwóźdź programu urodzinowego. Dlatego kupuje się akurat taki, jakby był w supermarkecie w promocji 😉 Bo tort drogi jest. Więc wnosi się tort, jest świeczka, a czasami nawet kilka. Tort się kroi. Wydziela się. Po kawałku dla każdego. A następnie reszta tortu znika gdzieś w czeluściach domu. Nie bardzo wiem, jakie są dalsze losy tortu, ale nie stoi on bynajmniej na stole. Może żeby nie kusić gości? Kolejny kawałek tortu, to nie daj boże kolejna kawa? A może dbają o zdrowie gości. Tak czy siak, tort znika, więc zostajesz z pustym papierowym talerzykiem i wspomnieniem po kawie w malutkiej filiżance. Impreza dobiega powoli końca. Myślicie, że to krótko i że jak tak można. Otóż, za każdym razem naprawdę niezmiernie się cieszę, że to już. Czasami jeszcze „wjeżdżają” przekąski. Mięsne kulki z musztardą (bitterballen) i kawałki sera hhhhhauda, czyli coś co znacie jako goudę 😉 Jeśli towarzystwo jest bardzo hip, to moooże nawet pojawić się kieliszek wina, ale ponieważ nikt nie przyjeżdża taksówką (drogo!), to po jednym kieliszku impreza się kończy. 2-3h tej masakry w zupełności wystarczą.

Teraz już rozumiecie, dlatego urodziny w Holandii zyskały sobie sympatyczny przydomek „circle of death”. Naprawdę, założę się, że zwykle koło połowa gości marzy o śmierci…

A są jeszcze urodziny dla dzieci. I o ile, przez dzieci być może są inaczej odbierane, to dla dorosłych, to jest zbliżony poziom masakry.

Po pierwsze – urodziny obchodzi się w szkole. Dziecko zakłada wykonaną przez siebie koronę i zasiada na czymś w rodzaju tronu. Krzesła ustawione są w znajome koło… Hmm… Na środku nauczycielka ustawia KARTONOWY tort. Z ELEKTRYCZNĄ świeczką. Myślę, że ten który jest w klasie Bru, służy już dobrych naście lat… Jakaż to oszczędność! 😀

Rodzice przynoszą jakieś tam przekąski dla wszystkich dzieci, aaaale nie mogą to być ciastka, cukierki, ani żadne inne słodycze. Największą ekstrawagancją jaką widziałam był słodki (mój boże!) popcorn i rodzynki. A po szkole, najbliżsi przyjaciele szkolni są zabierani na imprezkę. Szukanie skarbów, nauka dojenia krów, połowy krewetek, naleśniki na łajbie pływającej po kanałach, malowanie graffiti pod mostem… Na co tylko stać rodziców. Niestety bachory trzeba samemu pobrać ze szkoły, a następnie odstawić je do domu, co logistycznie jest dużym wyzwaniem.

A… no i prezenty dla wszystkich. Bo jubilat oczywiście dostaje prezenty od gości, ale goście też dostają od niego gifty. Także prócz zorganizowania dojenia krów dla kilkunastu dzieciaków, trzeba im jeszcze skompletować kilkanaście prezentów. Oczywiście chodzi o pierdoły, ale jednak…

Trzymajcie kciuki, gdyż zaraz wybieram się do szkoły, żeby pobrać dziesięć sztuk 5-latków i zabrać ich do głównej siedziby szatana, czyli do sali zabaw, gdzie zostaną nakarmieni cukrem, a następnie spuszczeni ze smyczy.

A gdyby ktoś wątpił w moje pokłady optymizmu – mam ustawione dwa call’e w czasie, gdy będę z dzieciakami siedziała w tejże bawialni. Ha ha.

A gdyby ktoś wątpił w luźne podejście do pracy i życia w NL – mój pracodawca nie ma nic przeciwko, że wzięłam pół dnia wolnego, żeby odebrać tort, a drugie pół dnia będę zajęta zabieganiem o przeżycie i brak znaczącego uszczerbku na zdrowiu obcych dzieci. Oczywiście oficjalnie dzień urlopu nie był mi potrzebny… przecież to nie wakacje 😉

 

5 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.