Stabilny chaos

A im więcej chciałabym napisać, tym bardziej nie mam czasu.

Aaaale, ponieważ wysyłacie mi wiadomości z pytaniami, czy żyję i czy wszystko w porządku, to się oto właśnie zmobilizowałam i taaa-daa PISZĘ.
Swoją drogą, to naprawdę wspaniałe mieć dookoła siebie ludzi, którzy się o mnie martwią i zauważają, że mnie nie ma. Bo owszem, mój kot też zauważa, że nie mam dla niego czasu, ale umówmy się, jestem dla niego tylko otwieraczem puszek na nogach, a najbardziej we mnie ceni moje przeciwstawne kciuki, które ułatwiają otwieranie saszetek oraz drzwi.
Moje życie wskoczyło na zupełnie mi nieznany poziom zajętości.
Szczytowym moim osiągnięciem z ostatniego czasu było odbycie (wirtualnego, ale zawsze) spotkania w czasie warsztatów, które prowadziłam. Na warsztaty zaprosiłam wiele ważnych osób z tv i okolic, same gwiazdy i alfa-samce. I wiecie, jak rzucić im kontrowersyjny temat, to spokojnie można wymknąć się na półgodzinnego calla i nikt tego nie zauważy, a ich dyskusja to tak czy siak  czyste tapirowanie powietrza. A po wszystkim, wszyscy czują się lepiej, gdyż wypowiedzieli na głos swoje zdanie. Win-win.
No ale to przecież tylko praca.
Bo gdyż prywatnie, to oczywiście jazda bez trzymanki, jak zawsze. Postanowiłam sprzedać swoje warszawskie mieszkanie, przeciąć ostatnią nić, która łączy mnie z tym miastem. Znalazłam kupca z pomocą wielu życzliwych mi osób. Tyle, że nie znalazłam czasu, żeby polecieć do WAW i podpisać papiery, a nie da się tego załatwić nieosobiście. I w takich chwilach bardzo żałuję, że nie mogę się sklonować. Jedną Jolkę wysłać do PL, drugą do roboty, trzecią na gimnastykę do szkoły Bru (bo tutaj rodzice pomagają w okiełznywaniu naszprycowanych cukrem małych potworów). Przydałby się też ktoś do robienia zakupów, ogarniania chałupy, usługiwania Panu Kotu i kolejny ktoś do typowo męskich spraw, jak humanitarne odłowy pająków, wlewanie płynu chłodzącego do auta (okazuje się, że to nie ten sam płyn, co do spryskiwaczy, hahaha), czy dogadywanie się z termostatem.
No i jak już myślisz, że sprawy są dość napięte i zasadniczo rozważasz zatrudnienie asystenta, albo przynajmniej kogoś, kto będzie powstrzymywał cię przed wpadnięciem pod auto, gdy ty zajmujesz się na swoim telefonie gaszeniem pożarów/rozmowami/mailami/łapaniem pokemonów dla dziecka (mój boże), to wtedy sprawy robią się naprawdę soczyste i zatrzymuje cię w tym pędzie policja.
Iiiii…. nagle się okazuje, że bez samochodu (długa historia, ale nie mogę używać swojego auta przez minimum dwa tygodnie) i zerowymi umiejętnościami korzystania z transportu publicznego, wszystkie zadania stają się wyjątkowo… hm… dużym wyzwaniem.
Przez to całe chodzenie, które w NL jest wyjątkowo przereklamowane, zepsułam i wyrzuciłam kilka par butów, nie pojawiłam się na wielu ważnych spotkaniach, nie ogarnęłam kilku maili ze szkoły… A świat się jakoś nie zatrzymał i nie zawalił.
To znaczy w mojej głowie – wielokrotnie. Absolutnie nie umiem odpuścić i jak czuję, że nie kontroluję sytuacji, to prostują mi się włosy i dostaję drgawek. A także robię się lekko nerwowa 😉
Z tymi butami to w ogóle zabawna historia. Kilka fabryk temu zbudowałam sobie wizerunek miłośniczki pand i arbuzów, nie? I jak ludzie tylko widzieli pandę na zdjęciu, albo arbuza w sklepie, to wysyłali mi jego zdjęcie. Poważnie.
W tej pracy ewidentnie jestem kojarzona z obcasami. Dwa dni przyszłam na płaskich do fabryki i przysięgam, że kilka osób zapytało, co się takiego wydarzyło, że odważyłam się na taki drastyczny krok 😉
Może kiedyś wpadnę na ten genialny pomysł, żeby promować się na kogoś konkretnego pod kątem profesjonalnym. Ale to pewnie tuż przed emeryturą, czy coś.
No. Więc dzieje się, a że to moje życie, to dzieje się wszystko na raz. Gdzieś jeżdżę, coś załatwiam, kogoś poznaję, coś się wypieprza z głośnym plaśnięciem, coś cudownego się rodzi. I dzisiaj wreszcie udało mi się na to wszystko spojrzeć trochę z boku. A z boku, to ja i to moje skołtunione życie wyglądamy zaskakująco stabilnie. Bo bilans wychodzi na zero, a po lampce wina, to wydaje mi się, że nawet na plus 🙂
Tak więc zapierdalam w każdym możliwym kierunku aż furczy. Szarpię z jednej strony i gryzę z drugiej, morduję potwory, bo muszę, ale jest też słonecznie, wyrastają mi małe skrzydła i wykluwają się  puchate kurczaczki szczęścia. Popieprzona, ale jednak równowaga.
Zapominam, że to przecież tylko biegaczka chomika jest. Że to bieganie może i jest ważne, bo to i tamto, ale to co się naprawdę liczy, wcale nie wiruje na tym moim życiowym rollercoasterze, tylko sobie mieszka w środku Jolki, nie bardzo się rusza i po prostu sobie jest.
Zdałam sobie też sprawę, że może nie jestem z gatunku dębów, bo nigdy i nigdzie nie udało mi się zapuścić korzeni. Ale że może jestem rośliną doniczkową i gdzie nie postawisz, tam se rośnie. To może być zaleta, prawda? Wierzę, że rośliny doniczkowe też mogą mieć fajne życie 😉 No i moją kotwicą nie jest własne, stałe miejsce, stabilizacja, czy spokój. Moim naturalnym środowiskiem jest „pożar w burdelu”, a na powierzchni trzymają mnie ci wszyscy wspaniali ludzie, którzy pojawiają się w moim życiu właśnie dlatego, że ciągle się z tym życiem muszę szarpać.
Oczywiście wierzganie kopytami generuje dużo kurzu i syfu i oznacza przede wszystkim sprzątanie, ale na powierzchni pojawiają się też diamenty, które inaczej nigdy by się nie objawiły.
Balans.

4 komentarze

  1. Magda2

    Cholerka, co za wszechstronna analiza własnego życia i punktu umocowania w nim! Cieszę się przestrasznie, że żyjesz, że jest tak po Twojemu ok i rzeczywistość furczy – bo już się bałam że znowu jakiś tfu, tfu armagedon 🙂 uffff!!! Ukorzeniaj się więc w tej swojej „doniczce”, ważne żebyś miała gdzie stać 😀 No i oczywiście dawaj znać…

  2. Ilona721000

    Jak miło Cię znów czytać i cieszyć się, że UR na właściwym levelu/etapie/ tempie, czyli wszystko ok pozdróweczki i uściski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.