Efekt kozy

Jest taki bardzo stary dowcip o Rabinie i kozie. Znacie. Mosze narzekał na brak miejsca w domu, bo dzieci, żona, teściowie, babcia, ciasno, głośno i śmierdzi. Rabin polecił mu dokwaterować do tego cyrku jeszcze kozę. Koza jakby nie pomogła, było ciaśniej, głośniej i mniej świeżo. Mosze wrócił do Rabina zanosząc się płaczem, że jego rada nie była pomocna, bo w domu zrobiło się jeszcze gorzej. Rabin polecił mu pozbyć się kozy. No i wiadomo, wielka ulga, nagle dużo miejsca i zapach jakby lepszy 😉

No więc dzisiaj poczułam, że pozbyłam się kozy (a może i kilku kóz) i moje życie znów jest dobre.

Odzyskałam swój samochód, który po tym wynajętym, wydaje mi się taki luksusowy i naprawdę fajny. Pije benzyny więcej niż ja wina, ale za roztapianie mojego tyłka i rozgrzewanie dłoni w zimne poranki, mogę mu wybaczyć absolutnie wszystko 🙂

Odzyskałam też spokój i ogromną ilość czasu odkąd przestałam gonić za rzeczami, za którymi nie powinno się gonić. Po raz pierwszy od miesięcy mam zupełnie wolny weekend i zamierzam go poświęcić w całości na siebie i rzeczy dla mnie ważne. Spotkać się z przyjaciółmi, pójść na spacer nad morze, pojeździć rowerem, poczytać. Nie wiem, może nawet zaszaleję i po raz pierwszy w życiu wybiorę się na masaż? 😉 Gdyż normalnie jolka i masaże nie idą w patrze. Trzeba leżeć bez ruchu. Długo. No i ktoś cię dotyka, a ty tego nie kontrolujesz.. Nie dla mnie 😉

Kwiat lotosu na niezmąconej tafli jeziora, słowo… Hahaha 🙂 Jak dobrze pójdzie, to w tej stagnacji wytrzymam do niedzieli. A potem trzeba będzie rozejrzeć się za czymś, co prócz kawy będzie mi podnosić ciśnienie, bo przecież nie umiem inaczej. A „projektów” mam do wyboru mnóstwo. Nowy dom – taka tam drobnostka. Prawo jazdy lokalne. Przebrnięcie przez szkolne forum świąteczne – bo oczywiście w tym roku znów czeka mnie świąteczna kolacja szkolna i  krakersami się nie wykpię, a pierogów lepić nie zamierzam… Brunon znów zamiast białej koszuli wybierze strój Batmana, a ja zamiast cekinów przyjdę umazana mazakami i wszyscy będą z tym ok. I za to kocham Holandię.

Bo w tym kraju naprawdę można być kim się chce i to jest chyba największa różnica pomiędzy PL i NL. Brunon wybrał Batmana, ja rozważam Catwoman, ale tak naprawdę po prostu jestem sobą. To i tak dość egzotyczne.

A na koniec piosenka. Ostatni raz słuchałam jej w Kuala Lumpur, leżąc na łóżku z przyjaciółką na jakimś wysokim piętrze dobrego hotelu. Wszystko było dość egzotyczne. Pościel i nogi były tak cudownie miękkie, a okoliczności nieprawdopodobne. Widok na rozpikselowane światłem miasto, tuż przed powrotem do domu, domu w NL. Nieprawdopodobne gdzie, jak i z kim nas popycha los…

A nie, to nie los. To my sami.

 

I jeszcze to. Bo nigdy nie przestanę szukać. I bo Haarlem.

4 komentarze

  1. martuuha

    Najsmutniejsza i najbardziej nadziejna piosenka w jednym wpisie. Gorzko-słodko.
    Nowy dom? Robią mi się coraz większe zaległości w kategorii odwiedzania Jolki w każdej lokalizacji 😉

    • Jolinda

      Z tym nowym domem, to spokojnie. Od pół roku się rozglądam i jeszcze niczego, co by mi się podobało nie znalazłam. To jest podobało w moim budżecie, bo kilka fajnych domów w NL by sie pewnie znalazło 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.