Nie chwal dnia przed ostatnim komunikatem

W swojej przedziwnie powykręcanej ścieżce kariery miałam dość egzotyczny (ale też jaki zajebisty!) przystanek związany z show-biznesem. To było tuż po tym, jak wygrzebywałam się z czeluści żałoby i bagna rozczarowań. Więc cała poraniona i niezwykle smutna trafiłam w środek tego pozłacanego świata gwiazd i gwiazdek, paparazzi, fleszy aparatów, czerwonych dywanów i imprez. No klasycznie, jak to u mnie, z jednego ekstremum w drugie… 😉 No i musiałam się szybko nauczyć show-bizu, co nie jest szczególnie trudne – pijesz, imprezujesz, wyglądasz, wszystko jak w każdą sobotę, tyle, że robisz tak 24/7 i z „właściwymi” ludźmi, którzy są ci potrzebni, żeby twoja kariera się nie zatrzymała. Mówię o gwiazdach, wyjątkowo nie o sobie. Bardzo smutny i nieprawdziwy świat tak swoją drogą…

Z zawodowego punktu widzenia musiałam przede wszystkim zrozumieć dlaczego ludzie chcą czytać o gwiazdach, dlaczego jeden news się klika, a inny nie. I wtedy mój zespół, czyli najlepsza ze wszystkich redakcji, wyłożyła mi wiele niezapomnianych prawd na temat ludzkości. Bolało, gdyż chcąc nie chcąc, zaliczamy się wszyscy do tego zbioru, prawda?

Pierwsza wiadomość – ludzie są straszni… 😉 i w tę „straszność” musiałam zanurkować i wyciskać ją jak cytrynę. Bo nic, powtarzam nic, nic nie bawi/przyciąga/angażuje ludzi tak dobrze, jak problemy innych. Zwłaszcza tych „idealnych”.

I wpisując się w ten trend, zamierzam dostarczyć Wam dzisiaj bardzo prostej rozrywki polegającej na wyszydzaniu czyichś durnych problemów. Moich.

Śpię po te kilka godzin dziennie i mi się w związku z tym różne rzeczy nawarstwiają 😉 Młody pojechał do ojca, więc postanowiłam przewietrzyć głowę i pospacerować nad morzem. Pogoda szczególnie nie zachęcała, ale hey, jestem z polski i dopóki do chodzenia nie potrzebuję raków lub rakiet śnieżnych, pogoda nie zatrzyma mnie w domu. Pierwszy błąd… 😉

Wsiadłam do mojego auta, a tam milion komunikatów. To nie działa, tamto, sramto, dolej tego, wymień coś. Jezzzzzu… tęsknię do czasów, gdy samochody nie były tak roszczeniowe. No ale mam zasadę (jolanta, człowiek z zasadami, hahahaha), że toleruję tylko jeden komunikat. Wtedy spokojnie mogę go ignorować miesiącami. Dwóch, czy trzech już nie potrafię ignorować i doprowadzają mnie do czystej furii. Więc czytam, czego też mój czołg sobie ode mnie życzy. Płynu do chłodnicy. DOBRA.

Po drodze na plażę pojechałam do supermaketu budowlanego, kupiłam coś, co wyglądało na płyn do chłodnicy. Ale od kupna, do wdrożenia daleka droga. Otwieram maskę, bo umiem! Hahaha… Znajduję korek, który nie ma napisu OIL i nie ma rysunku spryskiwaczy na sobie – moja mądrość jest porażająca, wiem 😉 Tyle, że ten diabelski korek za cholerę się nie chce odkręcić. ARGH. Walczę z nim kilkanaście minut. Zdjęłam szalik i czapkę, rozpięłam siedem swetrów, w które byłam się przyodziałam na okoliczność zimna, a także odpięłam narty. Nic. A nie znoszę prosić o pomoc. No ale… Przechodzą jacyś panowie w strojach budowlanych, a dłonie mają jak bochenki chleba. Zagaduję ich po angielsku, nawet rozumieją.  Korek nie puszcza. Siedmiu ich tam jest, nie? Zakłady sobie robią któremu się uda otworzyć korek goła ręką. I wreszcie korek ustępuje, a z ust osiłka wypływa soczyste KURWA. Polak znaczy. Po szybkiej analizie plusów i minusów, przyznaję się, że też jestem z polski, co oczywiście zostaje skomentowane po budowlańcowemu, czyli „no tak, ładne dziewczyny są tylko z polski”, no wielkie zażenowanie, ale ok… Pomogli mi przecież. Wlali mi zawartość całej butelki do właściwego zbiornika „żebyś sobie królewno rączek nie pobrudziła” JEZU, zakręcili korek, wsadzili do auta i powiedzieli, żebym w domu dolała sporo wody, bo to co kupiłam to niby jakiś koncentrat był. Ok, dobrze, że przynajmniej oni czytali po holendersku… 😉

Dojechałam na plażę. Pomyślałam, że to mój szczęśliwy dzień. HAHAHAHA. Boże… ja i ten mój debilny, niczym nieuzasadniony optymizm. A pomyślałam tak, bo wyjrzało słońce. Bo pozbyłam się jednego z kilku komunikatów na wyświetlaczu mojego auta, nie? Sukces goni sukces… 😉

Tak więc wysiadam z auta, zakładam czapki, szaliki, onuce, śniegowce, futro z norek i co tam jeszcze znalazłam. Idę na plażę. Tyle, że auto się nie chce zamknąć. Po siedemnastej próbie i siedemnastej odmowie ze strony mojego auta (oboje jesteśmy dość uparci, przy czym ja totalnie nie mam ochoty konfrontować się z jego problemami i naprawdę chcę tylko, żeby chociaż udawał, że się zamknął, żebym mogła odejść na ten cholerny spacer, który miał mi przecież oczyścić głowę i USPOKOIĆ) wsiadam, żeby przeczytać jakiż to ah ważny komunikat przygotował dla mnie mój samochód tym razem. Otóż „pokrywa silnika jest otwarta”. Czy pokrywa silnika to to samo co maska? Jaki kurde spec od ludzi wymyśla te komunikaty? Na moje oko „pokrywa silnika” była zamknięta, no ale dobra – otwieram ją jeszcze raz i tak jak mnie panowie w serwisie nauczyli kiedyś, trzaskam nią bez opamiętania. Wkurzam tym hałasem trzy mewy, budzę noworodka, który w wózku akurat mijał moje zaparkowane tuż przy morzu aucie oraz przyciągam spojrzenia Niemców, którzy sączą piwo na pobliskim tarasie knajpy. Bo tylko Niemcy i opatulone noworodki i ja uznaliśmy te konkretne warunki pogodowe za sprzyjające wypadowi nad morze 😉

No więc trzaskam maską i naciskam guzik zamykania na pilocie. Samochód mówi NIE głośnym trąbnięciem. Jestem pewna, że tupnąłby kopytkiem, gdyby mógł… Niemcy zacierają ręce, bo dostarczam im rozrywki już od dobrych kilku minut, a akcja się zagęszcza… 🙂 I widzę, że się patrzą i „podziwiają” jak dziewczyna walczy z czarnym czołgiem. I jestem pewna, że mruczą pod nosem, że gdybym zaufała niemieckiemu przemysłowi motoryzacyjnemu, to nic takiego nie miałoby miejsca. NO MOŻE… a może wcale nie.

Bo tutaj przypomina mi się inna akcja motoryzacyjna z udziałem Niemców. Moi rodzice mieli pierdolca na punkcie jeżdżenia po świecie. A tata, jak każdy polak wtedy, kochał się w BMW. Mieliśmy wtedy jakieś takie wielkie auto, ogromne BMW. I pojechaliśmy w kolejną podróż po europie. Nie pamiętam, czy to był Rzym, Paryż, czy wybrzeże Chorwacji, ale pamiętam, że dojechaliśmy na kemping z autem, które strasznie hałasowało i wypluwało z chłodnicy ogromne ilości musztardy, czy tam czegoś co wyglądało jak spieniona musztarda. Rozbiliśmy namioty, mama wzięła się za gotowanie kolacji, a tata za naprawianie auta. I tam też byli Niemcy, gdyż oni są absolutnie kurwa wszędzie. I tamci Niemcy też sączyli piwo siedząc przed swoimi namiotami w rybackich fotelach turystycznych. I pamiętam, że usiedli tak, żeby widzieć, co też mój ojciec będzie z tym autem wyprawiał. Głośno komentowali jego poczynania, mama smażyła kotlety, a ja walczyłam o życie, gdyż dorastanie ze starszą znudzoną siostrą, na tym mniej więcej polega. I wtedy stała się rzecz okropna – tata uznał, że do naprawy naszego auta potrzebuje mojego klapka. Nigdy się na samochodach szczególnie nie znałam, zwłaszcza w wieku 9 lat, ale z tego co się orientowałam, samochody nie potrzebują PIĘKNYCH WŁOSKICH RÓŻOWYCH BUTÓW do działania. Rozumiecie… ja bym mogła poświęcić siostrę, kolację, tydzień wakacji bez żalu. Ale buty?!? No ale ojciec się uparł, że musi zniszczyć moje klapki, żebyśmy mogli dojechać na lepszy kemping, gdzie będzie basen i dużo arbuzów. Pewnie też obiecał mi nowe buty, takie tam tanie sztuczki mężczyzn… 😉

Jak już przestałam wierzgać i krzyczeć jak opętana, oddałam klapki na pożarcie przez zepsute BMW. Niemcy patrzą i jedzą popcorn, nie? Ojciec nożyczkami do paznokci mojej mamy (też wierzgała i krzyczała jak opętana) wyciął z podeszwy moich butów jakieś takie kółko, obręcz. Uszczelkę jak sądzę. Podczas instalacji tej prowizorycznej uszczelki, Niemcy wstali i wisieli nad otwartym silnikiem auta razem z moim ojcem. Pamiętam trzaśnięcie maską, brudnego od smaru mojego ojca za kierownicą i jego triumfalny uśmiech, gdy odpalił auto, a to zamruczało łagodnie i zaprzestało wydalania musztardy. Niemcy klaskali i śpiewali, bo zdążyli już wypić sporo piwa. Ojciec został lokalnym bohaterem. Matka narzekała na czym świat stoi i że takich dobrych nożyczek to ona tutaj nigdzie nie dostanie. A ja odzyskałam swoje klapki. Jeden miał w podeszwie dziurę wielkości dużego jabłka, ale dopóki w nich tylko stałam, wszystko wyglądało prawidłowo. Ah te pozory. A siostra rzucała mi pod nogi szyszki, gdyż zawsze była podła… 😉

Tak więc stoję nad swoim samochodem przy niderlandzkiej plaży i ci Niemcy i piwo i popcorn… i mam flashback za flashbackiem. Tylko że już nie mogę zadzwonić do ojca, żeby usłyszeć jakąś durną radę typu „wytnij uszczelkę ze swojego buta”. Jedyne co mogę zrobić, to napieprzać tą cholerną maską mojego czołgu licząc na to, że za którymś razem zamknie się jak trzeba.

Wsiadłam do środka i gryzę kierownicę. Bym się pewnie rozpłakała, ale płaczą tylko ci, którzy mogą pozwolić sobie na bycie bezradnym. Nie wiem, jak to u was wygląda, ale mi łzy jeszcze nigdy nie naprawiły samochodu, nie zapłaciły za czynsz, czy nie wyczarowały ekstra godziny, żeby ukończyć prezentację.

Podchodzi do mnie starszy pan. Pyta, co się dzieje. Opowiadam. Mówi „potrzymaj mi piwo”. SERIO. Wiedziałam, że kroi się grubsza akcja, po takich słowach sprawy zawsze nabierają tempa 🙂

No i wtedy zaczął się festiwal napieprzania maską mojego auta. Trzech Niemców na przemian usiłowało z hukiem skutecznie zamknąć „pokrywę silnika”. Hahaha… moja rola sprawdzała się wyłącznie do trzymania piwa. No ale im bardziej panowie napieprzali i im więcej zdegustowanych mew odlatywało, tym bardziej oczywisty stawał się fakt, że nie załatwimy tego siłą. Przyszła żona jednego z dziadków. Taka babcia, wiecie. Okulary, rumiane policzki (od rumu mam nadzieję), a palce owinięte plastrami. Totalnie widzę ją z kotem i kocem na bujanym fotelu, gdy dzierga świąteczny szalik dla Markusa 😉 No i ta babcia mówi do tych starych dziadów, odsuńcie się pijaki. Czyli „hold my beer” w wersji babcinej.

Babcia zaczyna gmerać w zatrzaskach pokrywy silnika, dmucha w te takie podnośniki, wkłada paluchy w jakieś ciemne zakamarki. A potem pluje sobie w ręce (!!!), zaciera je i napierdala maską mojego auta z taką siłą, że wszyscy wypadamy z butów. Po chwili niezręcznej ciszy naciskam guzik na pilocie iiii…. ciche cling! Samochód się zamknął. Boże! BOŻE!

Niemcy biorą mnie do baru i chcą adoptować. Widzę to. No ale tylko myję ręce, proponuję im kolejkę drinków, odmawiają oburzeni…

NIGDY, nigdy nie otworzę już tej pokrywy. Nigdy. Żeby się tam paliło, albo wykiełkowała tam nowa forma cywilizacji. Nigdy. Wpiszę to też na listę postanowień noworocznych – nigdy nie zaglądać, co moje auto ma pod maską. Brzmi wykonalnie, prawda?

Wsiadam do auta, odpalam. Komunikatu o otwartej pokrywie silnika brak. BRAK! Cieszę się jak dziecko. Bo wiecie, dzień w którym znikam DWA komunikaty od mojego auta, jest dniem szczęśliwości i łaski ze strony losu. Wiadomo. Tarzam się w moim chwilowym szczęściu, pławię się w nim jak żółta kaczuszka w spokojnym stawie w letni dzień, MOGĘ WSZYSTKO. Ruszam. I wtedy mój samochód, klasycznie, wyskakuje z kolejnym komunikatem. O, stara, ZAPOMNIAŁEM, ALE. Bateria w kluczyku się rozładowuje. Zmień, zmień, zmień natychmiast, albo przestanę jechać i utkniesz gdzieś na wydmach, jak ostatnio, gdy nie słuchałaś, gdy mówiłem skręć w lewo, a ty uparcie twierdziłaś, że do domu jest w prawo, ale kto by słuchał maszyny… Argh.

Czasami sobie myślę, że absolutnie niemożliwym wyczynem jest pozbycie się wszystkich komunikatów mojego auta. Ono po prostu lubi gadać… Pewnie jak kiedyś uda mi się osiągnąć tę motoryzacyjną nirwanę, jak nic nie będzie miał do powiedzenia, to napisze mi coś w stylu: wyświetliłem tyle komunikatów, że czas na wymianę wyświetlacza. No albo ostatnim komunikatem będzie „So Long, and Thanks for All the Fish”…

W temacie baterii postanowiłam pójść śladami Scarlett O’Hara i pomyśleć o tym jutro. Nie da się przecież rozwiązać wszystkich problemów świata w jedno popołudnie, a wino się samo nie wypije 😉

Podjechałam pod dom, zabieram wszystkie te koce i rakiety śnieżne. Znajduję pustą butelkę po soku do chłodnicy, a słowa polskiego budowlańca dźwięczą mi w głowie „MUSISZ DOLAĆ WODY”…

Także… stay tuned, to tylko chwilowa przerwa na reklamy.

20 komentarzy

  1. Gmx

    Przerejstrowany?
    Uwazaj na ich testy sprawnosci – chyba lepiej sprzedac psujacy sie rydwan niz utknac na 5 pasmowej drodze na srodku Amsterdaamu (moj niespelniony czarny sen powodujacy ze ekstremalnie dbam o swoje auto)

  2. Kika

    chyba założę sobie folderek pod nazwą „CYTAT Z JOLKI”. Bardzo podoba mi się akapicik o tym, że łzy nie naprawiły ci jeszcze nigdy samochodu…
    ps. czy ty próbujesz sobie podciągać wskaźniki ilości wpisów na koniec roku? 🙂 tzn ja absolutnie nie mam nic przeciwko 🙂

    • Jolinda

      Mój boże, cytat z jolanty… 😀 nie wiedziałam, że to był mój życiowy cel, ale właśnie go osiągnęłam! 😉
      Całusy!

      I tak, najwidoczniej te wczystnie słowa, których nie napisałam przez cały rok, chcą się ze mnie na siłę przed końcem roku wydostać… 😉

  3. Magda2

    Z jednej strony bardzo lubię te jeżdżące komputery bo generalnie ułatwiają życie, ale mój też mi ostatnio podpadł i ma minusa jak z Gdańska do Krakowa. Pojechałam do paczkomatu po wyczekiwane zamówienie, szczęśliwie je odebrałam, odpaliłam ponownie samochód, który szczeknął dwa razy – co mnie trochę zdziwiło i raptem po przejechaniu kilkuset metrów włączyła się syrena alarmu i za cholerę nie chciała się wyłączyć. Nie pomagało klikanie pilotem, trzaskanie wszystkimi drzwiami i takie tam czary. Z duszą na ramieniu (żeby mi immobilizer paliwa nie odłączył), przekleństwami na ustach i z orkiestrą w postaci wyjącego alarmu podjechałam pod dom. Gaszę silnik a ta piiiii (niecenzuralne) zamilkła i nie wyje. Kopnęłam dziada w oponę i poszłam do domu doczytać w instrukcji o co mu chodziło 🙂 Otóż najprawdopodobniej jak wylazłam pod paczkomatem nie kliknęłam pilotem żeby go zamknąć. On ma opcję samoczynnego zamykania się w ciągu jakiegoś tam czasu. Jednak byłam szybsza i wróciłam z paką zanim on ukończył proces zamykania. No i się koleżka wkurzył. No, ale szczekał, tylko ja nie wiedziałam o co mu chodzi 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.