Kerstdiner, czyli Wigilia z majonezem

W Holandii nie ma takiego szału świątecznego, jak w Polsce. I chyba jeszcze nie udało mi się nikomu tutaj wytłumaczyć bezsprzecznego absurdu polskiej Wigilii.

– No tak, w Polsce obchodzimy Wigilię BN i jemy wtedy 12 dań.

– O rany, a kto tyle może zmieścić?!?

– Nikt. No może nikt prócz wujka Zenka. Ale te 12 dań to jest POST, dania są przecież postne, skromne w założeniu. Prawdziwe obżarstwo zaczyna się dopiero od śniadania dnia następnego…

Pojedynczej kanapki też nie rozumieją. Bo kanapka, to dwa kawałki chleba z nadzieniem. Pomysł jedzenia czegoś na pojedynczym kawałku chleba wydaje się być głupi, bo przecież wszystko spada i brudzą się palce. I wiecie, z przykrością muszę przyznać, że jest w tym jakiś sens 😉

Ale wracając do świąt. W szkole u Bru, jak co roku, zorganizowano kolację wigilijną dla dzieci. Pięknie. Od grudnia w klasach nie używa się górnych, dużych świateł, tylko rozwieszone są wszędzie małe choinkowe ozdobne lampeczki. A przez cały dzień na telewizorach wyświetlany jest rozpalony kominek, żeby było miło, ciepło i przytulnie. Nikomu jakoś nie przychodzi do głowy, żeby 5-latki zaganiać do jasełek, prób, kostiumów i recytowania fragmentów Biblii. A w przedszkolu do którego posyłałam Bru, mimo że uwielbiałam to miejsce, zmuszano biedne ledwo pełzające dzieci do pełzania w układach choreograficznych. W przebraniach zwierzęcych. Zupełnie nie wiem po co, gdyż finalnie połowa dzieci i tak bała się wyjść na scenę.

No więc nie ma jasełek. Ale jest kolacja. Którą oczywiście organizują rodzice. Jest jakaś lista i podział prac. Rok temu rzuciłam się na rolę dostawcy krakersów i chrupek naiwnie sądząc, że nie ma szans na niepowodzenie przy tak prostym zadaniu 😉 Widać moje zaangażowanie zostało zauważone, hahahaha, bo w tym roku przydzielono mnie do zadania porównywalnie ambitnego. Otóż, byłam odpowiedzialna za mus jabłkowy, ketchup iii…. MAJONEZ! Hahahahaha….

I można się śmiać, a nawet trzeba. Ale przypomnijcie sobie, jak istotny jest majonez w życiu Holendrów! 😉 (podpowiadam – BARDZO).

Wzbiłam się na wyżyny kreatywności, urwałam się pół dnia z pracy i ogarniałam te trzy niezwykle istotne składniki lokalnej diety w wydaniu świątecznym. Po dogłębnym przebadaniu statystyk średniego spożycia tychże, khem, pokarmów i wielogodzinnych obliczeniach matematycznych, udało mi się ustalić, ileż to ah ileż wiader majonezu potrzebuję, żeby zadowolić 20 sztuk 4-5 latków. Uzyskany wynik pomnożyłam przez 3, bo przecież jestem Polką i nie mogę pozwolić, żeby komuś zabrakło jedzenia, za które jestem odpowiedzialna. Nawet jeśli to tylko majonez. Hahahahaha… nadal płaczę ze śmiechu, jak uzmysławiam sobie, że ze wszystkiego co było do zrobienia dali mi majonez :))) Moja mama byłaby ze mnie taka dumna… 😉

No więc majonez. Po lekcji z krakersami wiedziałam już, że samo wyłożenie na miskę nie wystarczy. Zrobiłam więc góry chlebowe pokryte majonezową pokrywą śnieżną. Zamarznięte jeziorko majonezu, po którym na łyżwach jeździł Mikołaj i elfy. Majonezowego bałwanka z ketchupowym nosem. A także popiersie Mikołaja wykonane z majonezu i ketchupu. Hahaha, widzicie to? 😉

Niestety nic z tych wytworów nie nadawało się do pokazania małym dzieciom. Zaniosłam więc majonez w wiadrach, a ketchup w ozdobnych 5l baniakach po wodzie 😉

W każdym razie – pełen sukces! Po wszystkim widziałam bardzo dużo niedojedzonej pizzy, frytek, kiełbasek, KRAKERSÓW, ciasta i innej paszy dziecięcej. A majonez, choć to wydaje mi się nadal nieprawdopodobne, został zeżarty w całości. No ale co ja tam wiem o dzieciach, normach majonezowych i Holendrach…

Sprawa mnie jednak trochę męczyła, bo jak w domu obliczyłam to na paluszkach, to wyszło mi, że każde niderlandzkie dziecko musiało przyjąć na twarz minimum pół litra majonezu. O_0.

Następnego dnia, zapytałam więc nauczycielki, co z tym majonezem i czy, he he, wystarczyło. A pani zaczęła histerycznie płakać i prosić, żebym nie wspominała o tym przy innych rodzicach. Okazuje się, że Brunon chodził od talerza do talerza i wszystkim nakładał majonez. Do ciasta, do zupy, do chipsów i do lodów… Oczywiście panie opiekunki uznały, że to musi być jakiś przysmak w dalekiej i egzotycznej Polsce i same też zjadły po sporym kubeczku, skoro tak… 🙂

Jestem pewna, że to się jakoś ładnie rozwinie w kolejną miejską legendę. Że w Polsce na święta je się TYLKO majonez, albo że wszystko z majonezem, albo że tylko na majonez nas stać, itd… 😉

Życie ekspata nigdy nie jest nudne, słowo daję.

 

No a potem przyszły prawdziwe Święta. I ten przedświąteczny meksyk w pracy, żeby pozamykać tematy przed świątecznym freeze’em. W mojej branży absolutnie nie wolno niczego ruszać technicznie od połowy grudnia, aż do nowego roku, bo gdyby się zepsuło w święta, miliony ludzi pozbawionych tv i/lub internetu wyszłyby na ulice, jestem o tym przekonana 😉 Więc w robocie sraczka, sporo też zamieszania z zakupami, prezentami, przejazdami, przyjazdami, wizytami, wirem na koncie, itd. I to wszystko jest oczywiście bardzo upierdliwe. I były lata, gdy machałam ręką i spadłam na drugi koniec globu, żeby w tym czasie zażyć słońca i spokoju. No ale jak się zestarzałam, trochę inaczej na to patrzę 😉

I wiecie? Jak to cudownie, że mam dla kogo gotować, mam z kim ubierać choinkę, mam dla kogo opróżniać konto. Uwielbiam to. Myślicie czasami o tym pomiędzy narzekaniem na tłumy, korki i komercjalizację świąt?

Od wypadku rodziców, święta obchodzimy u mnie. Trzy lata temu dopiero co się wprowadziłam do mojego warszawskiego mieszkania, ubrania miałam jeszcze w pudłach. Nie miałam rodziców, pracy, faceta, planu. Przyjechała siostra z rodziną, przyjaciele, wypiliśmy morze szampana i ocean wina. Było wspaniale. Wróciłam do siebie. Po koszmarnych przejściach, ale ze świetnymi ludźmi za plecami, którzy trzymali mnie w pionie.

Od tamtej pory jestem sama i często mi to doskwiera. Nie jest łatwo być samotną matką i wywrócić swoje życie do góry nogami dwukrotnie. Raz skończyło się to przygodą w showbiznesie, a za drugim razem przeprowadzką do Holandii 😉 Ale może właśnie wtedy jest łatwo… W każdym razie, mimo że jestem sama, nie czuję się samotna, bo mam wyjątkowe szczęście do ludzi dookoła mnie <3

Ale wcale nie chciałam smęcić. W święta chciałam Wam życzyć mniej blokad do działania. One są tylko w Waszych głowach. Skoro poraniona, posiniaczona i średnio ogarnięta ja, mimo wszelkich niepowodzeń, wychodzę zwykle na prostą, to co Was gorszego może spotkać, gdy zaczniecie działać?

5 lat temu, gdy młody był jeszcze śliniącą się parówką, postanowiłam, a nawet postanowiliśmy, że skoro jest półholendrem, lepiej dla niego będzie, jeśli będzie żył w NL. No ale wtedy żyłam w na polskiej prowincji (o chryste), więc wymyśliłam sobie, że za 3,5 roku przeprowadzimy się, ja i mój holenderski partner, do Holandii, żeby nasz potomek mógł zacząć holenderską szkołę razem z rówieśnikami. Do tego czasu miał się wychowywać w Polsce, blisko polskich dziadków, nauczyć się niderlandzkiego od ojca. Hahaha… los tak okrutnie z nas czasami drwi, co? Dziadków zmiotło, holenderski ojciec zdecydował się „kontynuować dalszą karierę poza strukturami naszej firmy”, to jest rodziny. A ja, uparta jak ten polski osioł, mimo wszystko przyjechałam żreć ser i walczyć z wiatrakami. Sama.

I wiecie co? Nie żałuję niczego. I czuję się jak Alicia bez makeupu. Wyzwolona. Wolna. Szczęśliwa. Jasne, czasami jest mi smutno, źle i otwieram sobie żyły suchą bułką.  Ale niczego nie żałuję.

Nie tak to zaplanowałam. Miało być inaczej. No i? Do kogo mam niby wysłać zażalenie? Weź wszystko co masz i zobacz, co da się z tego ulepić. Nowe życie, stare-ulepszone, czy tylko dziwną kulkę przypominającą odchody strusia? 😉 Wszystko w Twoich rękach.

I wiecie co? Mogę wszystko.

A skoro ja mogę, to Wy tym bardziej 🙂

13 komentarzy

  1. Tessa

    Mozesz:) Jestem tego pewna:)
    Życzę Ci samych pozytywnych zakrętów w Nowym Roku, tylko z górki i wiatru w żagle:) I czego sobie tylko sama zamarzysz:)

  2. Dziękuję za ten wpis. Jesteś dla mnie nieustającą inspiracją. Za kilka tygodni i ja zacznę totalną rozpierduchę w życiu. Jesteś dzielna, obym o ja taka była. Zdrówka i niech Ci się drogi życiowe prostuja a nie połączą :*

  3. Dziękuję za ten wpis. Jesteś dla mnie nieustającą inspiracją. Za kilka tygodni i ja zacznę totalną rozpierduchę w życiu. Jesteś dzielna, obym i ja taka była. Zdrówka i niech Ci się drogi życiowe prostuja a nie plączą :*

  4. ilona721000

    Niezmiennie, od kilku dobrych lat zadziwiasz mnie celnością sformułowań, które w prosty sposób definiują moje codzienne życie… pasza dziecięca… 😀
    Miałaś kiedyś napisać książkę. „Jolinda objaśnia”
    Pamiętam, że kiedy dzieliłaś się na blogu swoimi wrażeniami wszechogarniającej wolności po odsłuchaniu nowojorskiej Alicii , uderzyła mnie Twoja wiara, przekonanie, że w NY można wszystko. I nie tylko tam. Dzięki, że jesteś 🙂
    Buziaki bardzo noworoczne!

    • Jolinda

      I ja tę książkę kiedyś napiszę. Może. Oby. Chciałabym 🙂

      Dziękuję, że mnie czytasz od tylu lat. Wszystkiego dobrego! <3

  5. Magda2

    Niech Ci się te życiowe ścieżki prostują, bo po co iść do szczęścia okrężną drogą? 🙂 Ty i tak znajdziesz na nich pierdyliard szczegółów na kolejne fajne opowieści. Dzięki za dotychczasową „pisaninę”. Czekam na c.d. i tak banalnie życzę: szczęścia, zdrówka, miłości i powodzenia… – kolejność dowolna <3

  6. Agnieszka Rolla

    Jola, piękny wpis. Regularnie czytam Twojego bloga i jesteś niesamowita. Tobie i Bru życzę wszystkiego co tylko najwspanialsze na cały nowy rok 🙂

  7. Jolanta

    Mówisz, że masz szczęście do ludzi dookoła Ciebie? Wydaje mi się, że to ci ludzie mają niesamowite szczęście mieć Ciebie koło siebie . Nawet, a może szczególnie paniusie z przedszkola czy tez szkoły Bru! Te to się dopiero nauczą w życiu. Piękna sprawa. Pozdrawiam, Jola z CR.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.