Naturalizacji ciąg dalszy

Widzicie, kłopot jest taki, że ja mogę i lubię pisać, tylko gdy jestem w dobrej formie. Ale gdy jestem w formie, to mam milion ciekawszych pomysłów do zrealizowania, niż pisanie bloga, a już zwłaszcza książki. Aaaale, że chwilowo postanowiłam zakaszleć się na śmierć, to jakby mam momencik na tę notkę.

A choruję, gdyż hoduję w domu 6-latka, nie? I ten mały dziad, mimo naszej ostatniej wizyty u źródła LEPSZEJ połowy swoich genów, jest zdecydowanie małym Holendrem. I bdb, gdyż taki był cel ćwiczenia przecież. A że jest Holendrem, to się z chorobami nie ocyngala. Pewnie już wspominałam, że w NL nikt się nie przejmuje czapkami, rękawiczkami, ciepłymi butami, szaliczkami, itd. Jak na ulicy widzisz zimą człowieka w czapce, na bank jest to Polak. No albo ktoś z tamtego zakamarka świata. Dzieci w listopadzie biegają po boisku bez kurtek, nikt im nie naciąga kapturków i nie przypomina o rękawiczkach. Bru do końca października chodził do szkoły w krótkich gaciach. Dlaczego? No bo tak mu wygodniej i bo koledzy tak chodzą ubrani do szkoły. No więc trampki, krótkie gacie i rozpięta kurtka, albo bezrękawnik, mimo że jest koło zera.

Ja też nie jestem fanką przegrzewania dzieci, czy siebie, ale jak widzę te małe gady taplające się godzinami w zimnym błocie w LISTOPADZIE, to od samego patrzenia robi mi się zimno i mam dreszcze. I czasami łapię katar, a czasami grypę, mimo że bru ma jedynie lekko cieknący nos. I właśnie ostatnio złapałam jakieś przeziębienie, nic niezwykłego. A potem przyszedł 11 listopada, który w północnej Holandii oznacza celebrowanie Sint Maarten, czyli chodzenie od domu do domu z własnoręcznie zrobionymi lampionami i śpiewanie piosenek w barterze za cukierki i okrzyki zachwytu dorosłych. Dzieci to uwielbiają, rodzice którzy muszą im towarzyszyć już jakby ciut mniej, nie wiedzieć dlaczego 😉

Bru w tym roku, po wizycie w Polsce, zapragną przygotować POLSKI lampion. Ale robił go sam, w szkole, gdyż nikt tu nie wpadł na pomysł, żeby zaganiać rodziców do przygotowywania projektów dzieci i ściganie się o to, która mama zrobi dziecku ładniejszą pracę domową. Więc wyszedł mu czerwono biały, zamiast biało czerwony. Wzruszyłam ramionami, powiedziałam mu, że w zasadzie to wyszło mu odwrotnie. A on na to, ten mały kombinator, że on specjalnie odwrócił kolory polskiej flagi, gdyyyyż doczepiając niebieskie frędzle na dole, uzyska też flagę Królestwa Niderlandów, więc mi zamierzał powiedzieć, że to polska flaga, a ojcu, że holenderska 🙂 Lepszy cwaniak, nie?

Z takim podwójnie nacjonalistycznym lampionem (właśnie, czy można być nacjonalistą, gdy ma się podwójne obywatelstwo i „kibicuje się” obu krajom?), wraz z kilkunastoma rozentuzjazmowanymi dzieciakami i ich zblazowanymi rodzicami, udaliśmy się na tour po domach. Jest jeden ważny sygnał – jeśli zgadzasz się, żeby odwiedziła cię horda kilkulatków napalonych na cukierki, wystawiasz w oknie zapaloną świeczkę. Domy bez świeczki się z grzeczności omija i tyle. Myślę, że wytrzymałam z 5 godzin tych okropnych tortur w deszczu i zimnie, ale pewnie trwało to tylko z 45 minut, do momentu, gdy doszliśmy do mojego domu i musiałam udawać, że przecież jestem w domu, jestem zachwycona piosenką i bardzo chętnie podzielę się cukierkami. Weszłam i nie było siły, żebym wyszła na tę okropną pogodę raz jeszcze. Iiii… moje lekkie przeziębienie dostało turbo napędu. Ojaciężpierdolęż. Następna noc była taka, że wezwałabym karetkę, ale był środek nocy, a Bru nie mógłby przecież zostać sam w domu. Postanowiłam, że śmierć przez zaprzestanie oddychania (rzuciło mi się na oskrzela) jest lepszym pomysłem, niż zostawienie 6-latka pod opieką kota.

Cudem jakoś doczołgałam się do rana, pewnie głównie dzięki (lekko) przeterminowanym antybiotykom, które miałam jeszcze z Polski.

A rano musiałam się zwlec z mego łoża boleści i zaprowadzić dziecko do szkoły. Małe radości bycia samotną matką. Pech chciał, że tego dnia miałam też umówioną wizytę w urzędzie, gdyż w NL się wizyty w urzędach umawia z dokładnością do 10 minut. Przez internet. Nafaszerowałam się przeciwbólami i postanowiłam, że jakoś dam radę wytrzymać te 15 minut na stojąco. Przecież jestem z Polski i nie takie rzeczy się ze szwagrem po pijaku robiło 😉

Poszłam. Chodziło o wymianę polskiego prawa jazdy na lokalne. Nie, że jakoś mi się do tego śpieszyło, ale raz mnie policjant postraszył, że skoro mieszkam tutaj na stałe, powinnam mieć lokalny dokument, blablabla. Nie pamiętam już dlaczego, ale zapamiętałam, że muszę to kiedyś wreszcie ogarnąć i to był ten dzień. A do prawa jazdy potrzebne jest zdjęcie. Pani w rejestracji powiedziała, że owszem mają na wyposażeniu automaty do robienia zdjęć, ale będę bardziej zadowolona z efektów, jeśli pójdę do budynku naprzeciwko, zrobić sobie zdjęcia u profesjonalnego fotografa. Ok. Okazuje się, że we wskazanym budynku znajdowała się sala koncertowa, zamknięta, kawiarnia – bez pana fotografa i jakieś coś, co mówiło mi nic, więc po prostu zadzwoniłam dzwonkiem i zapytałam, czy mogą mi zrobić zdjęcia. Pani która odebrała domofon nie bardzo wiedziała o co mi chodzi, więc mnie wpuściła, żeby dopytać. Mówię, że potrzebuję zdjęcie do prawa jazdy. I że widzę, że mają tutaj taką piękną fotomaszynę, więc chyba dobrze trafiłam. A ona, że no mają fotomaszynę, ale wykorzystują ją tylko na swoje potrzeby i że raczej nie są w stanie mi pomóc. Trochę się zafukałam, gdyż czułam się jak połknięta i wyrzygana przez jakiegoś wielozębnego stwora. Pani mi jednak spokojnie wyjaśniła, że to przytułek dla bezdomnych jest i że robią zdjęcia, ale tylko podopiecznym do jakiegoś tam dokumentu i z automatu jest na nich wydrukowane, że ten oto osobnik jest pod ich opieką… Ha ha. No zdjęć na których jest napisane, że jestem bezdomna nie potrzebowałam akurat tym razem, więc słaniając się na nogach, wróciłam do urzędu pstryknąć fotkę w tamtejszym automacie.

Wchodzę, wszystko po niderlandzku oczywiście, więc jolanta z telefonem tłumaczy w trybie rzeczywistym uwagi automatu jak się ustawić do zdjęcia, tylko po to, żeby po 15min prób zauważyć wreszcie wielki przycisk zmieniający języki. No emigrancka klasyka. Dobra. Siedem prób później automat wypluwa zdjęcia jolanty, która się nie uśmiecha, patrzy srogo na wprost i wszystkie swe włosy ma odgarnięte do tyłu, a uszy są bardziej niż widoczne 😉 Wyglądam, jakby mnie ktoś z krzyża właśnie zdjął. W rzeczywistości. A na zdjęciu gorzej. Hahaha… nie zainwestowali dziady w insta filtry, a szkoda. Biorę te straszne jolki i zabieram je do okienka, gdzie pani ogarnia wymiany dokumentów. Wtedy orientuję się, że nie zapłaciłam za te zdjęcia. Dziwne. Pytam, czy to normalne, że dostałam je gratisowo, a pani spojrzała na mnie i na efekt pracy maszyny i mówi: może to przyzwoita fotobudka jednak jest i nie pobiera opłat od spapranej roboty? Ha ha ha.

Czy wspominałam, że Holendrzy są nad wyraz bezpośredni? Reszta świata nazywa to byciem chamskim, ale oni się upierają przy swojej terminologii 😉

Pani urzędniczka wypełniła za mnie wszystkie dokumenty, pouczyła, że od teraz do momentu odebrania nowego prawa jazdy nie jestem uprawniona do kierowania samochodem. Aaaaale, że niderlandzka policja jest dość wyrozumiała, więc w razie kontroli,  gdy pokażę im to xero mojego polskiego dokumentu z pieczęcią urzędu, będą wiedzieli o co chodzi i nie powinnam mieć problemów. No chyba, że ktoś zostanie ranny w wypadku z moim udziałem, wtedy mam centralnie przejebane i że ona odradza jazdę do momentu odbioru nowego prawa jazdy. Pytam się ileż ta męka może potrwać, pani mówi, że od dwóch tygodni do kilku miesięcy. Na moje wywrócenie gałami przypomina mi, że jeśli ktoś ucierpi w wypadku, nie wypłacę się do końca życia. Fantastycznie.

Po odcięciu jednego zdjęcia z tego niebiesko-żółtawego listka ze zdjęciami niby-jolki, pani oddaje mi resztę zdjęć. Próbuję włożyć je do portfela, ale są za duże. Pani urzędniczka oferuje mi nożyczki, żeby przeciąć listek na pół. Biorę nożyczki i przecinam wszystkie cztery jolki w połowie twarzy, oddaję nożyczki, a zdjęcia wrzucam do kosza. Pani urzędniczka kiwa głową ze zrozumieniem i dodaje, że to dobra decyzja i że na pocieszenie doda, że jest przekonana, że w jej kraju prawo jazdy szczęśliwie nie przyznaje się na podstawie wyglądu aplikanta. Bezpośredniość, nie chamstwo, pamiętajcie… 😉

Pobieram kwity i kieruję się do wejścia do podziemnego garażu, żeby natentychmiast zacząć kusić los i łamać prawo, gdyż przyjechałam przecież samochodem. Pani urzędniczka widząc dokąd się udaję, krzyczy – rowerem trzeba jeździć! Pokazuję ręką za okno – no deszcz żab, szarość, zło i zimnica. A pani wstaje zza biurka i pokazuje mi swoje wielgachne gumowe ODBLASKOWE spodnie i mówi – DA SIĘ. A na spuszone loki polecam ŻEL DO WŁOSÓW, zawsze będą wyglądały na mokre, przyzwyczaisz się.

Także… w ten oto sposób otrzymałam w urzędzie nie tylko darmowe zdjęcia, nowe prawo jazdy (oczeking mode on), ale także garść dość bezpośrednich porad lajfstajlowych 🙂

 

4 komentarze

  1. Jolanta

    Uwielbiam ludzi bezpośrednich, zdecydowanie zaliczam się do tej grupy, hahaha!
    Chamstwa owszem, nie toleruję.
    Właśnie zaczynam biurowanie, u mnie akurat 9 rano, a taki wpis dodaje życiu sens, hahaha.
    Pozdrawiam, Jolanta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.