Dzikusy z Polski

Jak planowałam przeprowadzkę do NL, to w ogóle nie przejmowałam się potencjalnymi trudnościami. Bo taki mam charakter, bo nie miałam na to czasu, ani siły, bo lepiej sobie radzę z bieżącymi wyzwaniami, niż z planowaniem, jak ich uniknąć. Tak więc nie zawracałam sobie głowy tłumaczeniem dokumentów, zamykaniem spraw w PL, czy chociażby sprawdzeniem, jak wygląda temat ubezpieczenia zdrowotnego w Holandii. Jasne, coś tam wiedziałam, ale nie wnikałam w szczegóły. Uznałam, że skoro mieszkam i nadal będę mieszkać w EU, sprawy powinny dać się rozwiązać jakoś po ludzku.

No i na początku szło mi dość niesamowicie 😉 Przed przyjęciem Bru do szkoły, poproszono mnie o listę szczepień, które przeszło dziecko. A ja jestem bardzo pro-szczepieniowa i szczepiłam małego gada na wszystko, łącznie ze wścieklizną i nosówką 😉 Nawet nie musiałam tłumaczyć książeczki szczepień, jakoś to sobie ogarnęli.

Mnie o listę szczepień przed przyjęciem do pracy nie pytano, co uważam za błąd w procedurze. Jawny dowód na to, że Holendrzy absolutnie nie mają pojęcia o tym, co się w tym dziwnym kraju nad Wisłą wyprawia i są zbyt otwarci na przybyszy z dzikiej części Europy… 😉

No i tak sobie z Bru żyliśmy, omijając choroby i lekarzy. Aż tu nagle, całkiem wtem, wyrosły memu dziecku zęby stałe. A przynajmniej kilka. I patrzę se ja na nie któregoś razu i widzę, że zębiska mego przecież lekko tylko używanego dziecka, mają jakieś takie jakby zacieki. Takie „żyły” czy też może „wykwity” trochę innego koloru niż reszta zęba. Bardzo się tym przejęłam i przez jakieś 7 minut zamartwiałam się przyszłością uśmiechu Bru. A potem ustaliłam, że jestem posiadaczką identycznych przebarwień na zębach, więc po jolkowemu olałam temat. Ot, kolejny dowód na to, że to moje dziecko i chociażbym chciała, nie da się temu zaprzeczyć. Genów, odpowiadających za wykwity na zębach, nie oszukasz… 😉

Kilka miesięcy później, ojciec dziecka zauważył te „przebarwienia” na zębach syna i natentychmiast umówił go do stomatologa. Czy przewróciłam oczami 38 razy? Owszem, może nawet 138 razy, ale że całkiem niedawno dowiedziałam się, że regularne wizyty u stomatologa są OBOWIĄZKOWE (i darmowe) w ramach ubezpieczenia, które posiadamy, to pomyślałam, że spoko, dwie pieczenie na jednym ogniu ogarniemy, czyli punkty dla Drużyny Leniwców.

Poszliśmy. Pani doktor niezwykle miła sprawdziła zębale dziecku i oczywiście potwierdziła, że to nic takiego, naturalne przebrawienia kości i niewiele da się z tym zrobić. Nie wykryła też żadnych ubytków, kamienia, czy innych niespodzianek. Niestety Bru położył całą sprawę szczerą odpowiedzią na jedno proste pytanie. Czy rodzice pomagają ci w myciu zębów?

Ja parsknęłam śmiechem, bo jasne, pomagam mojemu dziecku w wielu sprawach, np. w ostrzeniu noży, bo mu się rolki sushi rozmaślały podczas krojenia ostatnio. Albo w czytaniu (staram się) mu pomagać. Albo jak szuka nowych polskich bajek na YouTube, to też mu chętnie pomagam. Ale w myciu zębów? Gad ma 6 lat, odkąd potrafi utrzymać szczoteczkę, sam myje zęby. I wszystkie inne części ciała. Niekoniecznie szczoteczką do zębów. A szczotkowanie zębów to jest coś, co załatwia mi kilka minut świętego spokoju przecież, na grzyba mam się angażować? „Idź umyj zęby, ja dokończę swój kieliszek wina, zaraz poczytamy bajki przed spaniem.”

Pani doktor jak to usłyszała, natychmiast umówiła nas, a w zasadzie bardziej mnie, na kurs mycia zębów. Nie żartuję. No ale mam 38 lat, jak nie teraz, to kiedy?!? Hahahahaha…

Kurs, czy też może warsztaty z mycia zębów, rozpoczęły się od części dla dzieci, czyli wysmarowania zębów czymś słodkim i lepkim, wypłukaniu wodą i wytłumaczeniu, że to co zostało, to tylko szczoteczką da się usunąć, a jak się nie usunie, to zęby się mogą popsuć. No spoko. Natomiast w dalszej części tego niewątpliwie przyjemnego spotkania, rodzic, czyli jakby ja, miał za zadanie umyć dziecku zęby. Nosz w dupę węża. Tryb intensywnego przewracania gałami włączony… Ugh.

Szczoteczka elektryczna, min 3 sekundy na jednego zęba, ruchy wymiatające, bla bla. Pani doktor asystowała mi w umyciu WSZYSTKICH zębów Bru, co do jednego. Chryste…

No ale ok. Trwało to niemal siedemnaście godzin, ale zęby zostały umyte, Bru dostał zabawkę od pani dentystki, ja się spodziewałam certyfikatu ukończenia kursu, którym mogłabym się pochwalić w swoim CV, no ale jednak nie. Nie dostałam żadnego zaświadczenia. Pani stomatolog pouczyła mnie, że powinnam myć dziecku zęby przynajmniej raz dziennie. Powiedziałam, że jasna sprawa, oczywiście. HAHAHAHAHAHA…

Pani widać przejrzała mnie i moje polskie cwaniactwo, bo gdyyyż… i uważam to za mistrzostwo złośliwości – zapisała Bru od razu na kontrolną wizytę za miesiąc. Za kurwa miesiąc. MIESIĄC. Cztery tygodnie. A to oznacza, że przez ten cholerny miesiąc muszę myć dziecku zęby, nie? Gdyż wiadomo, że pani doktor zapyta młodego, czy mama mu myła zęby, a on, nieskalany kłamstwem szczerbaty bidok, powie prawdę.

Przysięgam, dzieci i ich prawdomówność są mocno przereklamowane… A system i rozwiązania niderlandzkie nie przestają  mnie zadziwiać. To znaczy zauważam i doceniam fakt, jaką wagę przykłada się do prewencji. To ma sens. Ale przecież jestem z dzikiej Polski. Niech się cieszą, że wódkę piję z kieliszków, a nie ze słoika po ogórkach… 😉

 

15 komentarzy

  1. Iwona

    Mój młody urodzony w Danii, ma 3 lata, był już 2 razy na kontrolnych wizytach u dentysty, więc od początku jestem uświadomiona, że czeka mnie mycie zębów dziecka do czasu, gdy młody skończy 10-12 lat… Instruktaż też ogarnęliśmy, dyplomu niet

    • Jolinda

      Hahaha… 🙂
      My w PL też chodziliśmy do dentysty. Ale z własnej woli, na malowanie ząbków.
      Tutaj tej procedury nie znają, za to dostarczają kurs mycia zębów 😀

  2. tessa

    A taki mialam wkurwiajacy dzien w pracy dzisiaj;) I prosze, jak mi Jolka jednym wpisem humor na wieczor poprawila:)
    Moze tez sie na taki kurs zapisze i tak dobrze, ze w moim wieku nie dla trzecich;)

  3. ja pierdziu…Ty się ciesz, że w Norwegii nie wylądowałaś, bo tam, czytałam, mogą za zaniedbane zęby odizolować dziecko od patologicznej matki co tych zębów nie pilnuje.
    Oraz: jednak dzięki bogu, że ja swoje wychowałam w dzikim kraju nadwiślańskim.

    • Jolinda

      Hahahaha, dziki kraj 😀
      Całe szczęście młody nie miał żadnych ubytków, bo pewnie też by mi przynajmniej mandat wlepili… 😉

  4. Magda2

    Nie ma lekko. Bez urazy, ale w tym przypadku pokuszę się o porównanie „chowu” dziecka do chowu psa (a czasem nawet kota). Psu/kotu też właściciel musi czasem myć zęby. Pomińmy tę małą różnicę, że zwierzę samo nie potrafi… Przynajmniej nie wygada vetowi jak parę razy zapomnisz 😉
    Pozdrawiam z życzeniami wytrwałości 😀

    • Jolinda

      Haha, właśnie, ze zwierzakami jest lepiej, bo nie donoszą na swoich właścicieli. Bru kłamać nie umie i na bank wygada, że matka raz spróbowała i tyle 😉 Myślę, że mnie do więzienia nie wtrącą, ale kto wie, może zabronią prawa pobytu 😉

  5. Glukoza

    I nie mają kłopotów z zębami. A na pewno mniejsze niż w…. liberalnej (?) pod tym względem Polsce. Jestem za. Glukoza

    • Jolinda

      Prewencja i systemowe rozwiazania sprawdzają się lepiej, to prawda. Ale muszę powiedzieć, że czułam się upupiona 😀

  6. Glukoza

    Bez sensu się tak przejmować. Jest mnóstwo innych powodów do stresu. To po prostu szansa, że twój syn nie będzie miał kłopotów z zębami.

Pozostaw odpowiedź tessa Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.