Misja ratunkowa – uwolnić koty

Tak się cudownie zdarzyło, że kilka tygodni po tym, jak przeprowadziłam się do Holandii, odezwała się do mnie para znajomych, z którymi pracowałam w jednej firmie miliony lat temu. Rozkręcaliśmy wtedy wspólnymi siłami operatora komórkowego. Ja bardziej od strony picia kawy i multimediów, a oni zajmowali się takimi błahostkami, jak bilingi, integracje systemów, CRMy i inne cosie których nie ogarniam, ale które to bez wątpienia były podstawą tego nowego blobo-twora 😉

Odezwali się, że mieszkają teraz w Londynie i że rozważają przeprowadzkę poza UK i czy testowo mogliby mnie odwiedzić. No pewnie. Przyjechali. Zakochali się. Zostali. I mimo, że w tej skróconej opowieści brzmi to wszystko dość sucho, to tym jednym ruchem odmienili moje życie w NL, gdyż nagle, całkiem WTEM oraz totalnie niespodziewanie, czyli jak to zawsze u mnie, nadejszło wsparcie z Polski. Taa-daaa! <3

Nasza przyjaźń rozkwitała wraz z hektolitrami wypitego wina i przegadanymi wieczorami, podsycana wspólną walką z wiatrakami (nomen omen). Gdyż nic tak nie integruje na emigracji, jak walka z lokalnym systemem 😉 Hahaha.

Tak więc mam tu lokalną rodzinę, za którą mogę być wdzięczna chyba tylko instagramowym filtrom, bo to one sprawiły, że moje foty z Holandii zostały przez nich zauważone i dały impuls do przeprowadzki do mojego ukochanego Haarlem. Niestety, jak to z rodziną bywa, Szanowni Państwo mają jedną, bardzo upierdliwą cechę. Która zresztą nas łączy, ale to niczego nie zmienia. Otóż. Moich ukochanych przyjaciół swędzi dupa. I to bardziej niż mnie, zwłaszcza odkąd mam Bru. Chodzi mi oczywiście o to, że nie mogą na miejscu wysiedzieć i ciągle ich gdzieś nosi.

A jak ich gdzieś niesie, to moi znajomi z Polski się cieszą, gdyż mogą przyjechać pomieszkać z ich super kotami, w super mieszkaniu, w super mieście, w super lokalizacji 😉 Tak, są kolejki i zapisy i absolutnie to rozumiem. Ale czasami nie chce nam się sprowadzać cat sitterów z polski i osamotnione koty ogarniane są lokalnymi siłami, czasami przy moim wsparciu, gdyż przecież jestem na miejscu. Zero problemu.

No ale. Zero problemu, aż do pierwszego problemu 😉

Wyjechali. Zostawili mi klucze do drzwi od strony ogródka, jak zawsze. Wybiła godzina zero, czyli czas karmienia bestii. Pojechałam byłam. Niestety, z przyczyn niezależnych od organizatora imprezy, klucz do bramy, która wpuszcza na teren budynku nie zadziałał. No uparł się i nie. Co mu zrobisz. Bez otworzenia bramy, nie mam jak się dostać do kotów. A wiem, że głodne. I że siku. Gdyż to kitki wychodzące są i przyciśnięte do muru, zrobią niby co trzeba w kuwecie, ale z obrzydzeniem. Hahaha. Gdyż najlepiej sra się u sąsiada, taka stara kocia prawda.

Sąsiedzi. Sąsiedzi mnie wpuszczą na parking, a potem już ogarnę. Tak. Tylko, że ze wspólnoty 4 mieszkań, które mają dostęp do parkingu, nikogo akurat nie było w domu. No przecież.

Jolanta stoi przed bramą jako ten wół przed malowanymi wrotami. I patrzy. A im bardziej patrzy, tym bardziej brama jest zamknięta. Jezu. Co teraz, co teraz, koty umierają z głodu. Presja czasu, brak wsparcia z zewnątrz. Jedyną opcją było przedarcie się przez bramę górą. Tylko, że Jolanta była akurat w wydaniu na wysoki połysk. Szpilki, kiecka i absolutny brak potrzeby rozdarcia jej sobie na dupie, gdyż, oczywiście, w kalendarzu kilka spotkań, na których muszę wyglądać jak człowiek za którego się podaję, a nie dzikus z polski, którym tak naprawdę jestem 😉

Ok, szybka kalkulacja – koty przeżyją kilka godzin bez świeżego żarcia, a ja znajdę sposób, żeby rozwiązać tę dramatyczną sytuację, jak ogarnę spotkania szpilkowo-kieckowe. Nieee, wcale się nie zdenerwowałam. Wszyscy, którzy mnie znają wiedza, że jestem niezmąconą taflą jeziora w takich sytuacjach… 😉

PIEPRZONA BRAMA!!! Hahahaha…

Mój plan był prosty. Odbębnię spotkania, które muszę odbyć, odbiorę Bru ze świetlicy, pojedziemy do strefy zero, przerzucę młodego przez płot, Bru otworzy mieszkanie od strony ulicy i wspólnie uratujemy koty. Ale, że bardzo chciałam, żeby mu się ten pomysł spodobał, bo jego rola była naprawdę kluczowa, przedstawiłam mu to tak, jak zawsze przedstawiam swoje najbardziej debilne z debilnych pomysłów. Z zaraźliwym zaangażowaniem. W stylu jolanty. Mówię mu: Bru, słuchaj, jest taka akcja, że musimy uwolnić koty. Ich życie leży w naszych rękach. Tylko my wiemy, że są tam zamknięte, tylko my mamy przeciwstawne kciuki, żeby otworzyć im puszko-saszetki i napełnić miski. A brama zamknięta. Musimy opracować plan. Mamy misję ratunkową.

Bru, jak to 6-latek, bardzo przejął się losem (ukochanych zresztą) kotów i wszedł w mój chytry plan jak ciepły nóż w masło.

Opowiedziałam mu o bramie, o tym, że po jej pokonaniu, ruszy w samotną misję w stronę serca mieszkania. Że będzie musiał otworzyć drzwi i że wybiegną mu na spotkanie dwie futrzane bestie. Być może bardzo głodne. Że moooże będą usiłowały mu odgryźć twarz, ale żeby nie brał tego serio, bo to wszystko tylko z głodu. I szczęścia na widok ekipy ratunkowej, czyli jego.

Bru pokiwał głową i poszedł się pakować. Na misję. Myślałam, że zabierze ser na drogę, co mu się często zdarza. No albo grę, czy misia. Ale nie. Poszedł do swojego pokoju i długo tam czymś tarabanił, żeby objawić się w drzwiach z kocem i poduszką. Pytam się, czy zamierza spać z kotami po ich uwolnieniu, czy też może planuje drzemkę w samochodzie, czy o co w zasadzie chodzi. Tylko wywrócił gałami (po kim on to ma?!?) i wyjaśnił, że koc jest do rzucenia na bramę, żeby ostre słupki w tyłek mu nie weszły. A poduszka, żeby na niej wylądować po pokonaniu bramy. Zaproponował, żebyśmy zabrali też drabinę, albo krzesełko, co uznałam za całkiem dobry pomysł. Hahahahahaha 🙂 Piłę do metalu i materiał wybuchowy tym razem zostawiliśmy w szopie 😉

Dobra, jedziemy. Ja, wściekła jak osa na detoksie, gdyż przecież zawsze coś. ZAWSZE KURWA COŚ… 😉 Bru w stroju ananasa (był bal karnawałowy i moje dziecko od tygodnia chodzi w ananasowym jednoczęściowym wdzianku, a ja nawet nie próbuję z tym dyskutować), krzesło, koc i poduszka. Po drodze powtarzamy szczegóły planu. Podjeżdżamy, parkuję czołg na upatrzonej z góry pozycji, ustawiamy krzesełko, koc narzucamy na bramę, poduszka po drugiej stronie płotu, żeby miękko na niej wylądować. Po przedostaniu się za linię bramy, Bru (slalomem) pobiegnie do mieszkania, otworzy drzwi, wypuści koty i wpuści mnie do środka. Tłumaczę mu, jak ma sobie poradzić z zamkiem, gdzie znajdzie drugi komplet kluczy i tak dalej. Synchronizujemy zegarki. Bru jest mega podjarany. Jedziemy przez całe miasto słuchając gangsta rapu. Mi się przypomina reklama z Comedy Central ze Snoop Doggiem, więc do podekscytowanej blablaniny kilkulatka, dorzucam co drugie zdanie „Miau motherfucker, miau!”. Generalnie wyglądamy jak para zdrowych pojebów na ostrych dragach.

Podjeżdżamy, parkuję, idziemy do bramy. Bru ustawia krzesełko, a ja odruchowo próbuję otworzyć bramę kluczem. I co? I brama zaczyna się otwierać. Bru na mnie, ja na niego, ja w śmiech, Bru w ryk.

Że jego miiiiiiii-sjaaaaa… Że on miał plaaaaaaan… I że dlaczego otworzyłam bramę, skoro to on miał uratować koty… itd.

Osz w mordę jeża…. PIEPRZONA BRAMA!!! Hahahaha…

Mówię mu – Ok, to udawajmy, że brama wcale się nie otworzyła. Nie zamknę jej przecież teraz, bo nie jestem pewna, czy kolejny raz się otworzy przy pomocy klucza, ale możemy sobie wyobrazić, że jest zamknięta i przeskoczyć przez tę część ogrodzenia, która nie jest ruchoma.

„Mamo, no co ty. Ludzie pomyślą, że jestem wariatem przechodząc górą przez płot, skoro tuż obok otwarta jest brama.”

A nie, no jasne, nie przemyślałam tego. Wyglądałbyś jak wariat, racja. Kto to widział, żeby ananasy przedzierały się przez płot tuż obok otwartej bramy 😉

 

https://www.instagram.com/p/B8t5O8qHpyg/?utm_source=ig_web_copy_link

Koty oczywiście miały na naszą misję ratunkową centralnie wyjebane. Jeden dziad, mówię o kocie, pobiegł wprawdzie siku, ale drugi tylko otworzył oko i przeciągnął język w rozlazłym ziewnięciu. I to tyle. Futrzane niewdzięczniki. Ja za to do końca dnia musiałam wymyślać, które z rzeczy posiadanych w domu nadawałyby się do przecięcia krat, pokonania fosy pełnej krokodyli, czy sforsowania wysokiego muru… Tak w razie czego, gdyby zaskoczyła nas kolejna misja ratunkowa 😉

14 komentarzy

  1. Glukoza

    Trzy minuty temu byłam w rozsypce. I przeczytałam opis akcji „Na pomoc kotom”. Hahahaha!!!!!!! Dzięki Jola&Bru.

  2. MKa

    To materiał na scenariusz, film-kolejny numer mission: impossible… i potem oscary, i sława, i chwała, i trudno sobie wyobrazić jakie pieniądze, ach! A tak na serio, zaczynam czytanie wstecz, tak bardzo mi się tu podoba!

    • Jolinda

      Dziękuję! :-* Wolałabym, żeby to się przytrafiało komuś innemu, a ja bym tylko opisywała, ale jakoś kurde nie chce… 😉

  3. tessa

    Przebranie do wlamania-pierwsza klasa. Szukaj pozniej ananasa w polu;)
    U nas synchronizacja urlopow z sasiadka ze wzgledu na koty jest duzo wazniejsza i akrybiczna, niz z kolezenstwem pracowym;) A tez ich (sasiadow) dupa swiedzi i jezdza jeszcze czesciej, niz my (no bo mlodsi sa, to jezcze im sie chce;)

Pozostaw odpowiedź MKa Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.