Punkt znikania choinek

Wszyscy czekaliśmy na nowy rok, bo jak te głupki łudziliśmy się, że 2021 będzie lepszy niż 2020. No cóż… sprawy eskalują w takim tempie, że pewnie tak koło marca będziemy z rozrzewnieniem wspominać stary dobry 2020 😉

Ale ponieważ nie przychodzicie do mnie po dodatkową motywację do otworzenia sobie żył suchą bułką, to skupię się na pozytywach.

Bo gdyż na samiuśkim początku roku udało mi się osiągnąć niebywały sukces, którym pragnę się z wami podzielić celem uniesienia kącików ust waszych.

Otóż, jak się mieszka na obczyźnie, to wiele prostych spraw zaskakuje. I tak w moje pierwsze święta w NL zanabyłam drogą kupna choinkę. Żywą, w doniczce. Święta minęły, pierogi i sałatka warzywna się dawno skończyły, a choinka została. Lokalesi mówią – po prostu wystaw przed dom. No ale wystaw i co? I nic, wystaw i ktoś ją zabierze.

Muszę przyznać, że to dość proste rozwiązanie. Dużo przyjemniejsze od targania dziadówy, mówię o choince, na odległy śmietnik, albo jeszcze gorzej – wiezienia jej gdzieś do punktu utylizacji odpadów wielkogabarytowych, eco-śmietnika, czy tam czegoś jeszcze. Z prostymi rozwiązaniami nie dyskutuję, tylko je wdrażam i popijam winem.

Wytargałam choinkę przed dom, a ponieważ było przed południem, postanowiłam uczcić to wydarzenie wyjątkowo kawą, a nie winem jak zwykle… 😉 Zrobiłam sobie kawę, idę do okna żeby sprawdzić, czy choinka nie toruje ruchu na chodniku, ale choinki już nie było. Magia.

Rok później kupiłam z Bru kolejną choinkę w doniczce, która po odbyciu służby świątecznej, miała wylądować na chodniku znikającym choinki. Ktoś mi nawet to magiczne zjawisko objaśnił, że to dzieciaki polują na poświąteczne drzewka i zanoszą je do punktu skupu, jak my, dzieci PRL’u, polowaliśmy na puste butelki po mleku, czy paczki makulatury. Pamiętam tę szokującą lekcję od mamy, gdy uświadamiała mi, że sprzedaż książek taty na makulaturę, żeby mieć kasę na kupno nowych książek dla mnie, nie jest najlepszym rozwiązaniem… 😉

No ok, Święty Mikołaj przynosi prezenty, dzieciaki same z siebie zabierają choinkę uwalniając mnie od problemu… Ma to jakiś sens, w końcu święta to czas cudów.

Na wielkim luzie kupiłam więc tą drugą niderlandzką choinkę. Poszaleliśmy z wielkością, bo w sumie dlaczego by nie. Piękna była. Taka zielona, pachnąca i iglata 😉 Nie pamiętam już dlaczego, ale pewnie po prostu przez własne lenistwo i prokrastynację, wystawiłam choinkę do punktu znikania choinek jakoś w połowie stycznia. Duży błąd, wielbłąd nawet. Gdyż jak się okazuje, punkty znikania choinek działają w ściśle określonych ramach czasowych, których oczywiście nie ogarnęłam.

Stała tam na chodniku ta moja wyliniała, połowicznie ususzona choinka przez jakiś czas i nikt jej jakoś nie chciał zniknąć. Ani dzieciaki, ani przejeżdżające śmieciarki, ani nawet służby odbierające odpady na kompost. Stała tam i patrzyła mi z wyrzutem w oczy za każdym razem, gdy patrzyłam przez okno. Gdzieś tak w okolicach lipca, no może troszkę wcześniej, przyszła pora i postanowiłam usunąć ją z mojego codziennego widoku, gdyż wizualizację wyrzutów sumienia ogarniam sobie zupełnie inaczej, na przykład pustymi butelkami po winie zbieranymi w kontenerze na szkło… 😉

Wzięłam byka za rogi, to jest choinkę za wyliniałe gałęzie i zatargałam ją do ogródka z tyłu domu. I żeby nie była widoczna z okien sypialni, schowałam ją za szopą na rowery. Wcześniej stały tam leżaki, więc przeniosłam je w inne miejsce, jedyne w którym rosła trawa. Zajęły CAŁE zatrawione miejsce w moim mini ogródku. Bo ogródki w Holandii są wielkości znaczka pocztowego, więc choinka w miejscu leżaków, a leżaki w miejsce trawy, to była moja jedyna opcja. Opcja znikająca trawnik… 😉 No trudno. Zdechnięta z braku słońca trawa, to trawa, której nie trzeba kosić! Skupiamy się na pozytywach 😉

Mijały kolejne miesiące… Kilka razy próbowałam podjąć temat choinki. Ale teraz nie dość, że gubiła igły, to cała była pokryta pajęczynami, ślimakami i pleśnią. Nie ma opcji, żeby takie coś wsadzić na moje jasne skórzane siedzenia w aucie… Założyłam się sama ze sobą, że dotrzymam do kolejnego czasowego okna znikania choinek.

Raz nawet rozważałam przeprowadzkę, ale nowe lokum było bez ogródka, to się nie zdecydowałam… Bo gdzie bym niby moją starą choinkę przez te kilka miesięcy trzymała… Hahahaha…

Przyszły kolejne święta. Bru i ja wybraliśmy się kupić choinkę. Całe szczęście tym razem dziecko moje miało fazę na miniaturki. Wszystko co małe wydawało mu się być słodziakowate. Doskonale. Jak znikanie choinki się w tym roku nie powiedzie, potniemy ją nożyczkami i rozrzucimy w parku 😉

Kupiliśmy coś, co miało być super cute, a było super kłujące. I super sypiące. 24 grudnia choinka była już mniejsza o kilka gałęzi, gdyż musiałam je uciąć, gdyż nie zawierały w sobie igieł. Proces obcinania gałęzi przyspieszył oczywiście gubienie kolejnych igieł. Totalna masakra. Nigdy nie byłam tak rozczarowana choinką. A przecież trzymałam zeszłorocznego badyla w ogródku za szopą przez cały ubiegły rok, także mam do czego porównać choinkowy gniew… 😉

Nie mogłam się doczekać, kiedy pozbędę się tego kłującego, śmiecącego dziadostwa z domu. 01.01 nie leczyłam kaca i odcisków zdobytych od akrobacji na parkiecie. Nie-e. Googlowałam frazę „jak SKUTECZNIE pozbyć się choinki w Niderlandach” aż mi palce puchły 😉 Opracowałam plan. Skuteczne pozbycie się choinki zagwarantuje mi jedynie zaciągnięcie jej na najbliższy róg ulicy i porzucenie jej w dobrze widocznym miejscu. W PIERWSZYCH DNIACH STYCZNIA. Udałam się nawet na wizję lokalną! Poszłam obejrzeć miejsce, w którym pozbędę się choinki. Choinek!! A że jednak trochę mi było wstyd targać przez całą ulicę ewidentnie starą, oślimaczoną, bezigielną, omszałą choinkę i tego małego kłującego wypierda, postanowiłam przystąpić do misji pod osłoną nocy.

Zaczęłam od tej małej. O ja cięż pierdzielęż… Podczas zdejmowania ozdób pokłułam się tak, że wyglądałam jakbym była w toksycznym związku z kotem i ten kot się nade mną fizycznie znęca. A wkurwiona byłam od tego kłucia zdecydowanie bardziej niż ofiara kociej przemocy domowej 😉

W domu z tego małego pokurcza spadło 8 szufelek igieł. OSIEM. Cała droga od moich drzwi do skwerku, na którym porzuciłam totalnie gołą choinkę pokryta była igłami. Powinnam zamieść te igły? Oczywiście, że to w cholerę roboty i normalnie bym się tym nie przejmowała, ale jeśli ktoś się bardzo wkurzy na nadmiar igieł pod domem, to nie musi być Szerlokiem, żeby odnaleźć źródło, z którego choinka pochodzi… 😉

Mimo pozostawienia ewidentnych śladów zbrodni, postanowiłam uczcić swój sukces winem. Wino było dobre, a pamięć mi od zawsze szwankuje, więc oczywiście ZAPOMNIAŁAM o tej drugiej choince zza szopy.

Rano przypomniało mi się, że przecież misję ukończyłam tylko w połowie. Kurrrrwa… Nic to, zaciągnę choinkę do punktu znikania choinek i tyle. Nie mogę ryzykować życia kolejnego roku z butwiejącym współlokatorem 😉

Oczywiście, targając tego starego, nienachalnej urody choinkowego potwora, spotkałam na swojej drodze nie jednego, a trzech sąsiadów. Żaden nie wykazał chęci pomocy kobiecie siłującej się z drzewem, za to każdy zapytał, gdzie kupiłam tę okropną choinkę i czy to świerk, sosna, czy jodła była… Bo Holendrzy to naród wysoce praktyczny i oni w przeciwieństwie do mnie, uczą się na błędach nie tylko własnych 😉

O borze iglasty! Nigdy nie przypuszczałam, że choinki mogą generować tyle stresu. W życiu już do lasu nie pójdę… 😉

Także tak. Dwa niezaprzeczalne sukcesy w tym dziwnym roku mam już za sobą. Jest spora szansa, że wyczerpują one listę sukcesów na 2021 dla jolanty, ale szczęśliwie rok rozpoczęłam od pozbycia się trupów z szafy, to jest choinki zza szopy, czego i Wam życzę.

12 komentarzy

  1. agnes

    Można też podjąć próbę wyrzucenia choinki z 8 piętra bloku z wielkiej płyty na trawnik pod tymże blokiem. Ale nie przeliczyć uprzednio wszystkich zmiennych toru lotu… i wrzucić drapaka 3 piony balkonów dalej sąsiadowi z 4 piętra.

    • Nie wiem sama, przy której opowieści się bardziej uśmiałam 🙂
      Ja wyrzucałam kiedyś przez okno na parterze… że będzie bliżej niż do drzwi wyjściowych, a strasznie się już sypała… ale nie wzięłam pod uwagę, że okno ma w połowie futrynę, więc jest dość wąsko… no, wszystkie igły również znalazły się na podłodze, ale zdecydowanie nie było ich 8 szufelek!

  2. tessa

    no Knut pelna geba:)
    Tu sie chionki wystawia i one sa zbierane przez odpowiednie sluzby, w pierwszy poniedzialek po 3 Krolow. Nie wiem, jak jest, jesli 3 Krolow wypada w poniedzialek;) Ale nie szkodzi, bo pod koniec roku kazdy dostaje (droga wrzucenia do skrzynki ) rozpiske wywozu wszystkich rodzai smieci na caly rok z gory i tam zbior choinek tez jest, a jakze, zaznaczony. Ale wystarczy tylko zwrocic uwage, kiedy inni wystawiaja swoje;)

    • Jolinda

      No tutaj pewnie też jest to zorganizowany system, którego po prostu nie ogarniam. A w DE to wiadomo, wszystko wg harmonogramu i super zorganizowane 😉

  3. agocala

    Ja wiem gdzie jest TEN skwer. Zwariowałaś. Czemu nie rozpaliłaś po prostu ogniska.m i nie odprawiłaś nad tym jakiś dzikich tanów…

    • Jolinda

      Hahaha… musiałabym wszystkich sąsiadów poinformować o planowanym zadymieniu, albo ich zaprosić na imprezę, a zgromadzenia są zakazane 😉 To już wolałam się upocić…

  4. a u mnie choinki nie było… bo młody kot…bo wykładzina dywanowa na podłogach z powodu chorych psich stawów a z tego to igły pewnie bym pęsetą wybierała… i patrz, koniec świata nie nastąpił. Zamiast choinki postawiłam na balkonie drzewko ze światełkami. I git.
    No, ale opcja świąt bezchoinkowych jest dostępna dopiero jak się ma dziecko z prawem kupna alkoholu… (albo męża z początkami demencji)

    • Jolinda

      Choinka balkonowa to bardzo fajna opcja. Znajomy poszedł krok dalej i wywiesza swoją za oknem, bo mieszkanie mikro i bezbalkonowe 😉

      • tessa

        Ja odkad sie przeprowadzilismy NA NOWE;) to tez za oknem, na tarasie mialam:) Tzn. w pierwszym roku kupilismy w donicy do mieszkania, ale wtedy jeszcze nie wszystkie meble byly rozstawione i masa miejsca;) Po Nowym Roku wystawilam na taras/balkon (jak zwal, tak zwal) i czekalam, az uschnie. Ale nie uschnela, wrecz przeciwnie, wypuscila na koncach takie jasnozielone koncowki na galeziach i tak juz zostala:) Mialam ja przsadzic w tym roku do jeszcze wiekszej donicy, ale jakies badziewia ja oblazly (w tym roku bylo tego pelno, przez mszyce o malo nie popsulam sobie kolano, long story), no i zaczea sie sypac i brazowiec:( Wiec poszla po 3 Krolow (Kroli???) na choinkowy cmentarz.

        • Jolinda

          Te doniczkowe to jednak trzeba jak najszybciej w ziemię wsadzać. O ile w ogóle mają jakieś korzenie. Te moje nie miały nic.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.