Jakie czasy, takie przygody

Piąteczek. Też skaczecie pod sufit na myśl, że wreszcie po ciężkim tygodniu pracy zdalnej zamiast spędzać czas przy biurku WRESZCIE będziecie mogli ruszyć się te kilka metrów i spędzać czas na kanapie? No właśnie. Weekendy jakby mocno straciły na atrakcyjności i nawet morze Prosecco tego nie zmienia.

Nawet nie zacznę zrzędzić jak mnie tyłkens swędzi żeby gdzieś się ruszyć. Wiadomo. Najdalej wypuszczam się do supermarketu i jest to jedyny moment, gdy czuję potrzebę umalowania jolanty. Potrzebę idiotyczną, atawistyczną, gdyż przecież pod maską to mogłabym mieć i uśmiech jokera wymalowany i nikogo by to nic.

I tak sobie myślę, że o ile ludzie niemal nie podróżują ostatnio, to paczki i owszem. Te to mają życie!

Zamówiłam niedawno coś z Francji. Pamiętacie krasnala z Amelii? Mam wrażenie, że moja paczka, a śledziłam jej poczynania z wypiekami na twarzy (ot covidowe rozrywki), została przez francuski systemu transportu potraktowana właśnie w ten sposób. Ktoś postanowił pokazać jej wszystkie fajne miejsca w kraju i kilka zagranicą. Zaczęło się od Lourdes. Nie wiem, może nadawca tam mieszka, a może paczka miała otrzymać błogosławieństwo świętą wodą na dalszą podróż? Następnie przejechała przez Tuluzę. No trudno się dziwić, dosyć ładne miasto, różowe podobno. Chyba nigdy nie byłam. A moja paczka owszem. Dwa dni tam spędziła. Potem, z powodów jak sądzę oczywistych skoczyła se na winko do Bordeaux. Też bym tak zrobiła. Po nafutrowaniu się dobrym winem, chwiejnym krokiem udała się moja rozweselona paczka (przez kilka innych mniejszych miejscowości) do Paryża. Ale, cwaniara, nie zatrzymała się w samym mieście, tylko gdzieś w sortowni na obrzeżach. Chytrze. Ceny noclegów w Paryżu może i nieco w kryzysie spadły, ale po co przepłacać, jak można se pociągiem, czy innym meterkiem dojechać na kieliszeczek szampana pod Wieżą. Po weekendzie w Paryżu (FUKSIARA!) paczka ruszyła do Sztrasburga. No widać sprawę miała. Może wagi państwowej, a może i międzynarodową. A potem to już jak mleko, bo jak wiadomo mleko ma najszybszy transport. Lunch spłukany piwkiem w Niemczech i kolacja z jointem w Amsterdamie. Następnego dnia na ciężkim kacu, przykurzona i mocno ostemplowana paczka zjawiła się w mojej miejscowości. I tak oto po niemal 3 tygodniach od zamówienia kurier z radosnym TAA-DAAAAM wręczył mi moją paczkę.

I nawet się nie zezłościłam. Przywitałam ją jak się wędrowca kiedyś witało. Z nadzieją na opowieści z dalekiego świata.

No. I właśnie do tego to doszło – zazdroszczę doznań turystycznych paczkom.

Jak wspominałam – moje wyprawy zaczynają i kończą się na supermarkecie. To jest jakieś 800m od mojego domu, ale czasami jadę samochodem, bo przecież buteleczki prosecco swoje ważą i może rama roweru by mi się od ich ciężaru wygła? 😉

Pojechałam. Zaparkowałam na parkingu na dachu budynku, zrobiłam zakupy iiiii… utknęłam. Na tymże dachu. Gdyż auto moje powiedziało, że no sorry stara, ale ostatni moment na wymianę akumulatora to był jakieś 3 lata temu i teraz to się możesz napuszczać, ale ja nigdzie nie jadę.

Nie wiem co ja mam z tym utykaniem na dachu, może to jakiś nierozpoznany jeszcze fetysz jest? W każdym razie ZNOWU utknęłam na dachu. Tym razem z portfelem i blisko domu, ale z siatami pełnymi ciężkiego wina i lodów. A oficjalnie byłam w pracy, nie? To znaczy wyskoczyłam na zakupy w przerwie na lunch, ale oficjalnie byłam w pracy. Sprawa była dość prosta, potrzebowałam kogoś z samochodem i kablami do uruchomienia akumulatora.

No więc okazuje się, że nikt nie zabiera kabli do rozruchu akumulatora, gdy wybiera się na zakupy spożywcze. Ludzie to są jednak dziwni 😉

I tak se stałam na tym dachu, w słońcu, w wygodnych butach, z zapasami jedzenia I PICIA i miałam flash back z tego poprzedniego utknięcia na dachu. Jak to się sytuacje lubią powtarzać, ale jak bardzo się różnią detalami. Od tamtego czasu wszystko się zmieniło.

No ale do brzegu. Ponieważ nie mogłam się ruszyć pozostawiając za sobą zakupione wino i samochód, zaplanowałam w szczegółach przeniesienie ośrodka życiowego na dach supermarketu. Ma to dużo sensu, serio. Pod spodem niekończący się niemal zapas żywności i trunków. Toalety sprzątane przez kogoś innego. Dobrze nasłoneczniony punkt, więc odpada problem z sezonowym niedoświetleniem. Blisko domu, żeby jednak iść się wyspać w porządnym łóżku i przebrać gacie… No same plusy 😉

Ale wtedy przyjechali chłopaki z salonu KIA. Poznałam po napisie na samochodzie: KIA SHOWROOM. I koszulkach z wielkim logo KIA. No z nieba mi spadli. Jednak również bez kabli… Ale. Po zagadnięciu przerwali mi w pół słowa i powiedzieli: Say no more and wait 3min 37sec.

Okazuje się, że się chłopaki lubią pościgać na trasie Salon KIA – Supermarket, gdzie codziennie kupują lunch i mają dość dobrze ogarnięty czas dojazdu. Wysłali wiadomość do kumpla i rzeczywiście po upływie mniej niż 4 minut, podjechał kolejny samochód z garażu KIA i w jakieś 7 sekund uruchomili mój silnik.

Zapłaciłam chłopakom w piwie i wszyscy byliśmy szczęśliwi. Bo i dla nich i dla mnie ta przygoda na słonecznym dachu supermarketu to pewnie jedyna atrakcja tego sezonu 😉

6 komentarzy

  1. tessa

    Kurcze, już bym chyba na dachu na twoim miejscu nie parkowała;)
    A paczka choć jedna marnitka butelkę z Bordeaux przywożą, bo jak nie, to świni, nie paczka;)
    My Doppio Passo kartonami kupujemy, zeby przerwać…

    • Jolinda

      Ale tutaj parkingi bardzo często są na dachach budynków, gdyż Holandia w depresji i jak wykopiesz o jedną łopatę za głęboko, to masz basen zamiast piwnicy 😉

  2. To może nie wymieniaj tego akumulatora? Dzięki temu można liczyć na jakiś wpis…
    A propos „wreszcie po ciężkim tygodniu pracy zdalnej zamiast spędzać czas przy biurku WRESZCIE będziecie mogli ruszyć się te kilka metrów i spędzać czas na kanapie”. To zdanie jest o mnie. Tylko ja tak mam od dawna i w dodatku: DOBROWOLNIE! Gdyż biuro mam w domu, w drugim pokoju. Kiedyś miałam w sypialni…I mogłam mówić, że pracuję w sypialni i klientów przyjmuję w sypialni.
    Tak dawno nie pisałaś, że twój blog mnie zapomniał :/

    • jolinda

      Ja bym tam wolała się do biura ruszyć co jakiś czas i klientów w salkach konferencyjnych przyjmować 😉
      No ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Czy jakoś tak 🙂

Pozostaw odpowiedź jolinda Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.