Zwalniał wilk razy kilka, zwolnili i wilka

Tylko że odwrotnie 😉

Moja ulubiona firma próbowała się mnie pozbyć dwa razy. Nie wzięłam tego osobiście, bo w końcu płacili mi przyzwoicie i to dzięki nim udało mi się wyrwać z duszących objęć ojczyzny, gdyż zaimportowali mnie z PL i przesiedlili na te depresyjne (acz jednak jakby weselsze niż polskie bagno) tereny. Teraz moja ulubiona firma przechodzi mega transformacje i jak mówiłam – powód dla którego zwalniano mnie dwa razy, stał się powodem, dla którego zatrudniono mnie po raz trzeci. I jako że nie zwykłam palić za sobą mostów – robotę przyjęłam z radością.

A przyjęłam ją tylko po to, żeby się wkrótce potem zwolnić. HA! 😉

Niby miałam już chwilkę na to, żeby się przyzwyczaić, że za każdym zakrętem czeka niespodzianka. Nie to, że zawsze dobra, ale zawsze coś, czego nawet z językiem na brodzie nie wymyślę. No ale jednak nie – nadal się zadziwiam jakimi pokrętnymi ścieżkami muszę się przez to moje życie gramolić… Jak rok temu szukałam pracy, to kurde niby wszyscy mnie chcieli, aaale jakoś do konkretów dojść nie chciało. No więc po tamtym okresie suszy przyszedł czas na klęskę urodzaju.

Dawno temu zaaplikowałam do takiej fajnej firmy – muzycznej stacji telewizyjnej. Bardzo mi przypominała Play z okresu, gdy było mi dane tam pracować. Młodzi ludzie, którzy nie wiedzą że czegoś się nie da zrobić, więc to po prostu robią. Tempo zmian jak na skuterze wodnym, a nie gigantycznym tankowcu – w mojej ulubionej firmie 😉

Gadaliśmy, gadaliśmy i wszystko wskazywało na to, że to może być to, ale potem zapanowała cisza. Czyli klasyczne dla mnie w tamtym okresie „dobrze żarło aż zdechło” bez konkretnego powodu. Kij im w oko pomyślałam i poszłam się bawić zabawkami w mojej ulubionej firmie.

Jak se te zabawki ładnie poukładałam na stoliku, to ta firma TV się obudziła i mówią – e, jolanata, chodź do nas. Ja im mówię – a weźta se teraz tę ofertę i w odwłok wsadźcie. Teraz to ja jestem zajęta rozpieprzaniem mojej ulubionej firmy od środka, sezon 3. No dobra. Poszli se na chwilę do swojego narożnika przemyśleć temat, ale wrócili. No ale jolanta, mówiłaś że nas lubisz i zoba, my tu cię chcemy na dłużej, a nie tylko jako najemnego ogarniacza burdelu. Tu mnie szpilę wsadzili prosto w bolącą ranę, gdyż rzeczywiście – stały kontrakt vs. bycie kontraktorem z 2-tygodniowym okresem wypowiedzenia, to jednak dla samotnej matki z bidnej Europy Wschodniej jest różnica. No ale NIE.

I tak się kijem od nich opędzałam aż mnie zapytali cóż by mi musieli dać, żebym zgodziła się dla nich pracować. I tutaj ważna lekcja drodzy czytacze – uważajcie o co prosicie, bo możecie to dostać. I wtedy kurde co?!? No wtedy to nie bardzo można już powiedzieć NIE, zwłaszcza jak dają więcej niż się poprosiło…

Jak zaczęłam pakować te moje świeżo co rozpakowane zabawki w mojej ulubionej firmie, to się okazało, że nagle i całkiem WTEM, czyli zgodnie z pokręconą instrukcją mojego żywota, moja ulubiona firma chciałaby mnie zatrzymać NA STAŁE. A sakiewka z monetami, którymi mi zabrzęczeli przed nosem, była nawet większa niż ta za którą zgodziłam się pracować dla firmy TV.

I wiecie? Po raz pierwszy poczułam, że chyba wytrzepałam resztki polskiej mentalności z mojego CV. Bo gdyż z dwóch bardzo dobrych ofert, wybrałam sercem, a nie portfelem.

W PL miałam więcej luzu w majtach, jeśli chodzi o pracę, bo oferty pracy pojawiały się same, ludzie mnie znali i wiedzieli kim jestem. No ale w NL to tak nie działało, to do tej pory czułam się dość anonimowa, bezradna, wyrwana z siatki znajomych z branży. I nagle BAM – mogę pokazać środkowy palec ofercie, za którą dałabym się pokroić jeszcze kilka miesięcy temu.

I piszę te słowa do was z mojego nowego biura. Jest dość egzotycznie. Mamy firmowy bar na tarasie na dachu. Lodówki wypełnione alkoholem. Dwoje kucharzy, którzy codziennie pieką świeży chleb na śniadania i gotują wyłącznie vege i vegan lunche. Po lunchu ciocia Helen wypieka ciasteczka i roznosi je od biurka do biurka, żeby dodać nam energii… Jest też regulamin odnośnie ilości golizny w ubiorze pracowników (milenialsi nie zawsze ogarniają różnicę pomiędzy biurem, a plażą, no co zrobić). Każdy z pracowników czymś się wyróżnia – ilością albo miejscem posiadania kolczyków, kolorem włosów, strojem, sposobem bycia… Ja też. Gdyż jestem jedyną osobą noszącą szpilki i sukienki. I jak na początek – jest mi dość wygodnie w tej mojej niezagrożonej przez nikogo niszy 😉

No. To do kolejnego zakrętu kochani!
Zdrówko!

23 komentarze

  1. Kamil

    Jolka jak to Jolka. Jedyna pewna rzecz to zmiana 😀
    Powodzenia! Czekamy na szczegółowe opisy nowej fabryki.

  2. Magda2

    I tak ma być! Bardzo mnie cieszy to Twoje ożywienie zawodowe 😀
    I mimo wyboru sercem, wyciskaj ich jak cytrynę – bo oni nawet nie mrugną okiem wyciskając Ciebie. Ale komu ja to – przecież Ty to wiesz najlepiej „korpostworze” XD.
    Cała naprzód i powodzenia!!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.