Między Królem a Dzikiem, czyli rzecz o nowym mieszkaniu

Oj, troszku mnie tu nie było.

No to szybki update:
Zmieniłam pracę. A to oznacza jedno – tym razem to ja pokazałam środkowy palec Mojej Ukochanej Firmie. Dwa razy mnie zwolnili, to za trzecim razem zatrudniłam się tylko po to, żeby odejść na własnych zasadach ;-)Znów robię w rozrywce.

Tym razem pracuję dla firmy, która zajęła niszę po tym, jak MTV przestało zajmować się muzyką. Całkiem jest przyjemnie i rzeczywiście rozrywkowo. Na przykład moi współpracownicy muszą dostawać przypomnienia, że stanik i dżinsy to nie jest najlepszy wybór garderoby do biura 😉

Mamy longboardy żeby przemieszczać się po korytarzach, dj’a przygrywającego do śniadania i lodówki wypełnione piwem. Ta najbliższa mojego biureczka została przekonwertowana na lodówkę z Prosecco, wiadomix. Na tarasie na dachu urzęduje dwóch szefów kuchni, którzy codziennie gotują nam vegańskie przepyszne śniadania i lancze. Jeden z szefów specjalizuje się w słodkościach, więc co rano roznosi nam gorące bułeczki i ciasto, a po lanczu ukręcone w międzyczasie praliny, albo inne dupo-powiększające pyszności, a wszystko celem podniesienia poziomy cukru, bo przecież „znowu pada i na pewno jesteście zmęczeni”. No taka ciocia Halinka, tyle że w biurze i z korzeniami w Południowej Ameryce.

Niestety nie zmyślam, dlatego staram się ograniczać wizyty w biurze do minimum.

Tak.

No i właśnie dzięki temu, że do biura zaglądam i zaglądać będę raz-dwa razy w tygodniu, doszłam do wniosku, że mogę opuścić swoje ukochane Haarlem i przenieść się dalej od Amsterdamu. Padło na Hagę z wielu różnych względów.

Haga fajne miasto. Przy plaży i do Trybunału Sprawiedliwości blisko. Oraz rodzina królewska tam urzęduje, w tym Królowa Maksima (Argentynka), która słynie z dobrego gustu i jest ukochana przez Holendrów, więc sami rozumiecie, że to miejsce dla mnie 😉


Postanowiłam kupić mieszkanie.


To co się wydarzyło od tej decyzji do momentu odebrania kluczy zasługuje na książkę, przysięgam. I postaram się to kiedyś opisać uwzględniając zeznania naocznych świadków, bo nikt mi bez nich nie uwierzy, że ten proces działa w ten sposób w tak cywilizowanym kraju, za jaki uważam Niderlandy.

W ogromnym skrócie – kupiłam mieszkanie w oparciu o 7-minutową wizytę (w towarzystwie 148 innych oglądających) i 22 zdjęcia w internecie, składając ofertę w 3,5h od pierwszego (i jedynego) kontaktu. Nie wiem jak wy, ale ja to butów bym w takim trybie nie kupiła… Ale wydać największą w życiu wywrotkę kasy i podpisać papiery kredytowe w języku którego się nie zna, to spoko… 🙂


Po tym gdy już jasne stało się, że nie ma odwrotu i mieszkanie będzie moje, postanowiłam się oswoić z myślą o przeprowadzce i zaznajomić z otoczeniem. Obejrzeć mieszkania drugi raz nie było jak (nawet nie pytajcie), wybrałam się więc na misję rozpoznawczą terenu. Wizję lokalną 🙂

A z tyłu głowy mam, że właśnie być może popełniam największy finansowy błąd w swoim życiu, bo nie znam ani miasta, ani okolicy, ani sprzedającego, a mieszkanie widziałam przez chwilę…I tak se chodzę po mojej nowej ulicy i uliczkach obok, knajpy oglądam i odległość do szkoły sprawdzam i powiem wam, że z każdym krokiem upewniam się w przekonaniu, że zwariowałam. Że o ja pierdolę. Że teraz to naprawdę przesadziłam. Że kurwa z koniem się na łby pozamieniałam. Że to nie może być prawda. Że nie tak powinno to wyglądać. Że przecież tego nie przemyślałam. Że na bank stracę wszystkie pieniądze na tę norę. I że oesu, na co mi to było. 

I żeby ochłonąć, poszłam se do parku, co to go mam jakieś 300m od domu. Bru mówi, że o jaaaki faaaaajny park to jest Mamuś, tylko dlaczego tu tyle policji.

Myslę sobie – no policji po byku, bo to ścisłe centrum starego miasta, pewnie się strzelajo, albo bezdomnych przeganiajo, albo turysty się ućpały do nieprzytomności… I spirala się nakręca – TUTAJ postanowiłam wychowywać swoje dziecko. W dzielnicy, której nie znam. Z policją na każdym rogu, nawet w parku. Bru na 100% zostanie dealerem dragów. O ile oczywiście go nie zaciukają wcześniej w drodze z/do szkoły.No a potem okazało się, że ten park jest pełny policji, bo w zasadzie to nie jest park, tylko ogród takiego tam pałacu. Pałacu, który po szybkiej inwestygacji na google maps okazał się być pałacem, w którym na co dzień pracuje Pan Król. 


Nie powiem, obecność Króla jako sąsiada, nawet jeśli tylko w dni powszednie, podniosła mnie na duchu. Hahaha…. może i Bru przez moją decyzję relokacyjną rzeczywiście jest skazany na dilerkę narkotyków w przyszłości, ale kto wie, może będzie dostarczał dragi niderlandzkiej i międzynarodowej elycie? 😉

Niedługo później znaleźliśmy tajemne przejście przez teren pałacu króla na stare miasto. Podchodzi się od strony tegoż parku do nieoznakowanych drzwi, uśmiecha do kamery i pan strażnik, jeśli uzna, że nie jest się zagrożeniem dla życia króla, otwiera zdalnie drzwi prowadzące do tętniącego życiem serca starówki. No bawi mnie to niezmiernie muszę przyznać, bo naprawdę nie miałam pojęcia jak blisko Króla i starówki zamierzam urzędować. Trafiło się jak ślepej kurze ziarno… serio.Od tego momentu nie wstydziłam się już mówić o moim nowym adresie znajomym. A w mojej głowie mieszkanie zmieniło status z kota w worku (nadal nie miałam okazji wejść do środka po raz drugi), na kota w dość interesującym worku.


Po kilku latach spędzonych w pięknym, spokojnym i super białym i bogatym mieście i życiu podporządkowanym wychowaniu potomka, czas na powrót do dużego, prawdziwie multi-kulti miasta pokoju i sprawiedliwości. 

Jej!


I tak oto w ostatni piątek odebrałam klucze.

Iiii… mogłam po raz drugi obejrzeć tego kota, co to go kupiłam w tym dość drogim worku.

Wchodzę i się nie mieszczę. W korytarzu znaczy. Chryste. Nawet pół pary butów nie da się tu trzymać. I to dziecięcych. No ale… w NL to normalne, więc reguluję oddech i staram się nie obrzygać z nerwowości agenta strony sprzedającej.

Po szybkiej obdukcji środka, postanawiam przyjrzeć się temu „wow factor”, dla którego zdecydowałam się walczyć o to konkretne mieszkanie do ostatniego zaskórniaczkowego euraska. Ogródek. Znaczy przepraszam – OGRÓD, hahahaha.60-kilka metrów, 3 drzewa i SŁOŃCE od rana do wieczora. Coś, co nie zdarza się często w centrum miasta w Holandii.

Nooooo… moje zadowolenie z podjętej decyzji sięgnęło zenitu. Kolana przestały mi się trząść i mogłam skupić się na czymś innym niż tylko na kontrolowaniu zwieracza… 😉

Bajka. 

Która niestety trwała może ze trzy kolejne minuty… Hahahaha… 😉

Bo co? Bo jolanta postanowiła zajrzeć za płot. No sprawdzić jak tam się sprawy mają u sąsiada. Zwykła ludzka ciekawość. Płot z cegły, dość wysoki, ale znalazłam wyrwę, zadarłam kiecę i zajrzałam na drugą stronę. A tam…? A TAAAAAM….

A taaaaaam… DZIK.

Hahahahahaha…. najprawdziwszy, chrumkający, upieprzony błotem dzik.

I nie, że se akurat z tragarzami przechodził. Nie. On tam mieszka. W swojej małej, dziczej chatce. Za moim płotem.

HAHAHAHAHAHA…

Obok dzika – zagroda dla kur i kogutów. Owce. Kaczki. Kozy. Staw z rybami. Króliki i mini koniki. Słowem – mini farma dla dzieci. Holendrzy kochają takie rzeczy. Ja zdecydowanie mniej…

DZIK za moim płotem. W mieszkaniu, którego zgodnie z prawem nie mogę bezkarnie sprzedać ani wynająć przez najbliższy rok.


No więc powiecie, że mogłam to sprawdzić ZANIM kupiłam mieszkanie. No niby. Na mapie widnieje coś w stylu – tereny zielone z przeznaczeniem dla dzieci i młodzieży. Na zdjęciu z google maps wyglądało jak zielony teren między budynkami, jakieś huśtawki, mini płotki, spoko. DZIKA NIE NARYSOWALI, hahahahahaha…

A na decyzję miałam kilka godzin, więc wszystkiego sprawdzić nie zdążyłam… Taki to tutaj rozgrzany do czerwoności rynek nieruchomości.


No więc usiadłam i zaczęłam wyć. Z niedowierzania głównie, bo ciężko mi było zrozumieć co naprawdę czuję na temat tego dzika i zwierząt za płotem. Będzie śmierdzieć, a koguty będą mnie budzić o 5 rano?!? Czy może to zajebiście, bo będę bliżej natury, a kot mój – Sir Kaspar -będzie chodził spać w stajni z lamami? Hahahaha… 

I tak se wyję płacząc i nerwowo śmiejąc się zarazem próbując zrozumieć sytuację, w której się znalazłam. I podchodzi pan Polak, który ostatnie poprawki w mieszkaniu wdrażał. I mówi do mnie w języku ojczystym: pani się nie przejmuje, ja tu całe lato remontowałem to mieszkanie i powiem pani, że te dzikie zwierzęta za płotem, to lepsi sąsiedzi niż niejedni ludzie.


Wzięłam bru pod rękę (żeby przypadkiem nie zemdleć z wrażenia) i poszliśmy oglądać od wewnątrz to mini zoo, farmę dziecięcą, ten przybytek szatana. Okazuje się, że inni właściciele domów graniczących z farmą wydają się być zadowoleni z jej sąsiedztwa. Niektórzy nawet powycinali wielkie dziury w płotach, żeby lepiej widzieć zwierzęta. Nieprawdopodobne…
A to wszystko w centrum miasta. No kto by się spodziewał dzika jako sąsiada kupując mieszkanie w centrum?!? Komu mogło się przytrafić coś podobnego?!?

Na ten moment jestem pogodzona ze swoim losem. Wybraliśmy nawet imię dla Pana Dzika – Garry The Boar.Może nawet za jakiś czas kupię sobie herb z dzikiem i powieszę nad drzwiami… kto wie, może nawet kiedyś ktoś napisze książkę „Mój przyjaciel Dzik Garry zza ściany”…


Trzymajcie kciuki za nas w naszej nowej szopie w Hadze 🙂

12 komentarzy

    • Jolinda

      Haha, planuję tam chwilę pomieszkać, ale jak będę rozważać najem lub sprzedaż, to dam znać. Calusy dla Ciebie i Dziewczyn!

  1. novembre

    Ha! Mówiłam, nowa praca, nowe mieszkanie, to i notkę Jolinda popełni, wystarczy poczekać 😉
    My się przeprowadziliśmy jakiś czas temu do mieszkania przy przystanku Kirche. Otóż Kirche oznaczało nie jeden, a trzy kościoły, które, nczym ten na Ursynowie, o szóstej rano sama wiesz co. W sobotę o 19 przez kwadrans, na godzinę i co kwadrans. Na mszę 10 minut, na szczęście rzadko, bo oni tu jedną mszę mają, nie ma popytu. Za to w Sylwestra na kwadrans przed, potem wybija północ, czyli cztery kwadranse plus dwanaście, no i potem znowu kwadrans na przywitanie Nowego Roku. I tak razy trzy kościoły, prawda.
    Ale wiesz co? Już ich nawet nie słyszę. A ten, co to co kwadrans, to nawet przydatny jest, nie muszę patrzeć na zegarek, tylko cholera, już kwadrans po, muszę wychodzić!
    Szczęśliwego życia Wam na nowym! :*

  2. trollatrolla

    eeee tam. Przecież zaraz znowu coś się zmieni … jak to u ciebie. Opchniesz chałupę za dwa razy tyle bo w bonusie jest król i dzik Będzie dobrze!

  3. tessa

    Ogolnie, to kazde kupno mieszkania zasluguje na książkę;) Tylko u niektorych na dluzsza;)
    Gratulujuje mieszkania, dzika i króla, koguta troche mniej (ale jak sa też kury, to moze jajka bedziesz miala świeże;)
    Den Haag bardzo mi się spodobalo:)
    W ogole Holandia rules, w tym roku bylismy w Bergen op Zoom i Renesee:)

  4. D

    Fajna okolica,wszedzie blisko z buta, sklepy troche daleko chyba ze AH, polacy robili remont wiec powinno byc OK. Jedynie z parkingiem moze byc klopot, duzy plus z dojazdem z A4 lub A44 bo to tylko 2 zakrety od glownej drogi. Szkola tez jest blisko, tylko sie cieszyc 🙂

  5. J. Z.

    Mieszkanie mieszkaniem, dzik dzikiem, a król królem – największe wrażenie zrobiło na mnie, że nie wolno Wam do pracy zakładać staników.

  6. Magda2

    Noooo w TAKIEJ okolicy i z TAKIM sąsiedztwem, pracując w TAKIEJ zajebistej firmie może być tylko ciekawiej niż dotychczas 😀
    To miejsce ma potencjał. Czekam na opisy kolejnych niesamowitych przygód.
    Powodzenia!

Skomentuj trollatrolla Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.